Święta 1919. Polacy życzyli sobie głównie pokoju

Czytaj dalej
Julia Kalęba

Święta 1919. Polacy życzyli sobie głównie pokoju

Julia Kalęba

Co w 1919 roku nasi przodkowie jedli na Wigilię, czego sobie życzyli, dzieląc się opłatkiem, o czym marzyli? O Bożym Narodzeniu 100 lat temu opowiada prof. Andrzej Chwalba, krakowski historyk.

Czego życzyli sobie Polacy w pierwszym roku powojennej wolności?
Tematem wiodącym - poza sprawami osobistymi - był pokój. W różnych warstwach istniało przekonanie, że skoro doszło do stabilizacji frontu na Wschodzie, to działania wojenne powinny się zakończyć. Wołanie o pokój rozchodziło się także podczas manifestacji organizowanych w przeddzień Bożego Narodzenia w wielu miastach Polski przez związki klasowe związane z Polską Partią Socjalistyczną. Pokrzykiwano: „Nie będziemy się dalej bić z Rosją bolszewicką! Wojna dla nas się skończyła!”. Zachowały się uchwały rad miejskich, które wzywały polskie władze do rozpoczęcia negocjacji na temat przerwania ognia i zawarcia rozejmu.

Wielka Wojna się skończyła, ale w listopadzie cały czas toczyły się walki na froncie polsko-bolszewickim.
Dlatego tak wiele o atmosferze, nastroju i poglądach wyrażanych przez ludność w 1919 roku mówi nam Adwent, który przypadł na czas wojny i został nią naznaczony. Wprawdzie w listopadzie front zatrzymał się daleko, za Berezyną i Dźwiną na północnym wschodzie, ale żołnierze cały czas znajdowali się w poczuciu stałego zagrożenia. Kapłani odnotowali w kronikach parafialnych wyjątkowo liczny udział wiernych w nabożeństwach. Na roraty odprawiane o godzinie szóstej rano przychodzono nawet z małymi dziećmi, bowiem wszyscy chcieli wierzyć, że Bóg wreszcie ześle pokój, na który tak długo już się czeka.

I pozwoli złączyć rodziny przy stole?
Rzeczywiście, modlono się, aby ci, którzy walczą na różnych frontach - polsko--czeskim, polsko-litewskim, polsko-bolszewickim - mogli swobodnie wrócić do domu. Nieobecność przy stole wigilijnym traktowano jako bardzo niedobre zrządzenie losu, zapowiedź złego roku. Żołnierze znajdujący się daleko od domu bardzo pragnęli być razem z najbliższymi, co zresztą jest zrozumiałe. Dodajmy, że Nowy Rok nie był ani tak hucznie obchodzony, ani tak oczekiwany, jak dzisiaj. To Wigilię Bożego Narodzenia traktowano jako podsumowanie starego roku i zapowiedź nowego. Wigilia w sensie symbolicznym zastępowała dzień pierwszego stycznia, który dla wielu był tylko dniem imienin Marii i Mieczysława.

Ich prośby się spełniły?
Tak, ale - co oczywiste - nie w każdym przypadku. W Wojsku Polskim nawiązano do pięknej tradycji, zgodnie z którą żołnierze na czas ważnych świąt państwowych i religijnych mogli, w miarę możliwości, wrócić do swoich rodzin. W grudniu 1919 roku sytuacja była o tyle sprzyjająca, że jednocześnie zatrzymał się front i nadchodziła zima, podczas której faktycznie z obu stron zawieszono działania wojenne. Dlatego znaczna część żołnierzy dostawała kilkudniowe urlopy, a ci, którzy musieli pozostać w garnizonach, byli objęci szczególną troską organizacji obywatelskich. Zwłaszcza kobiety angażowały się bardzo często w akcje, które manifestowały więź i solidarność z walczącymi za wolną Polskę. Zimą 1919 zorganizowano na przykład akcję „Paczka dla żołnierzy”.

Kilka dni to nie za mało dla żołnierza pokonującego w drodze do domu prawie tysiąc kilometrów?
Cóż, z okolic Mińska jechało się nawet dwa, trzy dni. Zima zaczęła się już na dobre, a wagony nie były opalane, przeto niejednokrotnie żołnierze ustawiali w nich piecyki, ale zdarzało się, że na skutek zaprószenia ognia wagony zaczynały płonąć. Żołnierze wracający na święta mieli teoretycznie pierwszeństwo na kolejach, ale tabor był wysłużony, tory zniszczone, a maksymalna prędkość pociągów na niektórych odcinkach nie mogła przekraczać 20 kilometrów na godzinę. Ponadto, żeby wrócić na Wigilię, żołnierz musiał otrzymać od lekarza pułkowego zaświadczenie lekarskie, że jest zdrowy. Ci, którzy dostali przepustki, nieraz byli objęci kwarantanną ze względu na panujący tyfus czy cholerę i dopiero po decyzji lekarza mogli rozpocząć podróż. A więc nie wszyscy docierali.

Albo wracali spóźnieni.
I spóźnieni wracali do koszar, gdzie czekały ich przykre konsekwencje za złamanie dyscypliny. Dlatego mądrzejsi oficerowie dawali im tydzień wolnego. Ci, co pozostali na linii frontu, świętowali we własnym żołnierskim gronie. Nie zdarzały się wspólne polsko-bolszewickie Wigilie na granicy frontu i wzajemna wymiana świątecznych podarków, tak jak podczas Wielkiej Wojny na froncie zachodnim i wschodnim.

Dlaczego?
Być może różnice światopoglądowe i to, że wojska bolszewickie oficjalnie nie uczestniczyły w praktykach religijnych, sprawiły, że wspólne świętowanie stało się niemożliwe. To może świadczyć także o głębokiej przepaści między stronami i naprawdę intensywnie przeżywanej, emocjonalnej wrogości.

Gdzie łatwiej było zorganizować święta: w kamienicy w śródmieściu w Krakowie czy w podkrakowskim domu?
Wieś, która w naszych wyobrażeniach była na ogół tą biedniejszą, po wojnie dysponowała prawie wszystkim, co było oczekiwane na święta, łącznie z opałem. Lasów nie brakowało, i mimo że były zdziesiątkowane przez okupantów, nietrudno było pozyskać z nich drewno. Zapasy opału przygotowywano od miesięcy, żeby na koniec i początek roku zabezpieczyć mieszkańców przed mrozem. Sprawę ułatwiało także to, że chłopska chata miała przeważnie dwie izby, a ogrzać wystarczyło jedną, ponieważ w pomieszczeniu z kuchnią często znajdowały się także miejsca do spania. Ale pamiętajmy o widocznym zróżnicowaniu mieszkańców wsi. Zupełnie inny los czekał tych, którzy mieszkali przy chałupach zamożnych gospodarzy, inny małorolnych, a jeszcze inny bogatych ziemian. Z czasem przedświątecznym wiąże się wspomnienie św. Huberta, patrona myśliwych. Mieszkańcy dworów i pałaców, a także wiejskie koła łowieckie zebrane z bogatszych włościan organizowały polowania. Ci ostatni do domu wracali z dziczyzną, która dla innych pozostawała niedostępna.

W mieście to rozwarstwienie społeczne też było widoczne?
Tak, ale problemem wspólnym dla wszystkich był zakup deficytowego i bardzo drogiego węgla i nafty. Kłopoty ze zdobyciem węgla były tak poważne, że dyrekcje urzędów skracały godziny pracy albo na kilka dni zamykały biura. Przez pewien okres czasu nawet Uniwersytet Jagielloński został zamknięty dla studentów, gdyż brakowało opału. Oczywiście, w domach zamożnych mieszkańców ten problem miał mniejszą wagę, niemniej zakup węgla i nafty na czarnym rynku po horrendalnych cenach musiał być nawet dla nich bolesny. Najtrudniej mieli bezrobotni, a tych w Krakowie nie brakowało. Widoczny był również pro-blem bezdomności, który starały się łagodzić m.in. krakowskie klasztory. Niektóre z nich w zimowym czasie otwierały się na społeczność potrzebujących i kontynuowały wielowiekową tradycję, dbając o to, by nikogo nie zostawić w potrzebie. Na samodzielną Wigilię często nie było stać inwalidów wojennych. Przed kościołami tłumy żebraków, bezdomnych i inwalidów klęczały z wyciągniętymi rękoma, prosząc o jakikolwiek datek.

I oni znaleźli miejsce na czas świąt?
Tak. Zapraszano ich m.in. do klasztornych refektarzy, gdzie mogli zjeść ciepły posiłek.

Co czekało na stole wigilijnym tych, którym udało się wrócić do domu?
Pierwszy rok wolności to nie tylko powojenna bieda, ale i nieurodzaj. Na niedostatki wynikające z wojny nałożył się brak pożywienia spowodowany niesprzyjającą pogodą. W ciągu roku spadło dużo deszczu, ziemniaki zgniły. Za to zupa grzybowa, ze względu na obfitość grzybów, była na pierwsze, drugie i trzecie danie.

A karp?
Kapie były rzadkością. Powszechnie brakowało ich na stołach w krakowskich domach. Tylko nieliczni mogli sobie pozwolić na nabycie karpi na czarnym rynku. Szybciej można było kupić ryby rzeczne przywożone przez rolników, które stały się substytutem karpia.

I to dotyczyło tylko mieszkańców miast?
Tak, przede wszystkim. Na wiejskich stołach ryby można było wypatrzyć częściej niż na miejskich. Mieszkańcy wsi, o ile mieli takie możliwości, ryby łowili w rzekach i stawach. W czasie świąt Bożego Narodzenia na stołach mieszkańców wsi nie mogło zabraknąć potraw mięsnych, przede wszystkim z drobiu i wieprzowiny. Ludność cały rok dosłownie chroniła świnie, m.in. organizując dla nich leśne obórki, by nie dostały się w ręce głodnych żołnierzy gotowych zdobyć pożywienie kosztem ludności cywilnej. Sianka wigilijnego oczywiście nie brakowało, ale w niektórych parafiach nie można było nabyć opłatków.

Czy nie przysługiwały także porcje żywnościowe, wydawane na kartki?
Problemy z zaopatrzeniem w mieście pojawiły się podczas Wielkiej Wojny i dalej trwały. Liczne produkty sprzedawano na kartki, lecz często były bez pokrycia. Dlatego przez dłuższy czas rodziny odkładały potrzebne produkty na czas świąteczny. Tylko najzamożniejsi nie mieli trudności z gromadzeniem wigilijnych i świątecznych produktów. Jednak w sumie stoły były zastawione, co w żaden sposób nie świadczyło o ogólnej biedzie i fatalnej aprowizacji. Istniał wewnętrzny przymus, aby Wigilia była Wigilią, a święta - świętami. Żadne inne dni tak nie mobilizowały, jak właśnie Boże Narodzenie.

Ale o bakaliach można było pomarzyć...
Niekoniecznie. Takie towary, jak bakalie, przywożono z innych europejskich państw i dlatego pojawiały się, aczkolwiek w skromnej skali, także na krakowskich targowiskach. Ceny były kosmiczne, ale nie brakowało tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić.

Gdzie można je było dostać?
Najbardziej znanym miejscem targowym w Krakowie były plac Szczepański i Kleparz - mowa o Starym Kleparzu. Targowiska znajdowały się na placu Żydowskim, na Rynku Głównym, także na placu Jana Matejki. Produkty takie jak miód, orzechy czy mak były wytwarzane w podkrakowskich gospodarstwach i niektórzy zamożniejsi włościanie, zwłaszcza z miechowskiego i proszowickiego, przyjeżdżali nimi handlować. O ile udało im się dojechać.

To znaczy?
Mimo starań wojska i policji, do końca 1919 roku nie udało się unicestwić silnych grup przestępczych, które korzystały z okazji i atakowały chłopów i Żydów jadących z towarem do miasta. Przestępców nie interesowały tylko choinki, które wieźli, dlatego było ich pod dostatkiem.

100 lat temu ktokolwiek myślał o tym, żeby przystroić miasto?
Z tym było bardzo biednie. Przede wszystkim miasto było ciemne. Elektryczność w Krakowie w 1919 roku pokrywała mniejszą część miasta, pojedyncze światełka paliły się w centrum miasta, ale nie przez całą noc. Do oświetlenia wykorzystywano stare lampy gazowe i nowe elektryczne. Ale cena energii była bardzo wysoka, w związku z tym starano się maksymalnie oszczędzać. Z tego względu na noc zamykana była również większość lokali gastronomicznych, ale witryny sklepowe zdobiły przystrojone choinki i symbole świąteczne. Z przekazów, które zachowały się do dziś, wniosek jest jeden: zwyciężył świat tradycji. Wbrew wszystkiemu, istota polskich świąt została uratowana nawet w tak trudnym czasie, jakim była zima 1919 roku.

Profesor Andrzej Chwalba
Urodzony w 1949 roku, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, publicysta, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Historycznego, były dziekan wydziału historii UJ oraz były prorektor tej uczelni. Autor wielu prac naukowych, podręczników do historii oraz książek popularnonaukowych, w tym: „1919. Pierwszy rok wolności”, „Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914--1918” i „Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski” (wspólnie z Wojciechem Harpulą).

Julia Kalęba

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.