Szczepionki, chleba i igrzysk (europejskich)

Czytaj dalej
Fot. Adam Jankowski
Przemysław Franczak

Szczepionki, chleba i igrzysk (europejskich)

Przemysław Franczak

Kiedy Jacek Sasin, wicepremier i minister aktywów państwowych, został jesienią oficjalnie ustanowiony rządowym koordynatorem igrzysk europejskich w Krakowie i Małopolsce, pod Wawelem powstał od razu dyżurny żart: no to po igrzyskach. Nawet jednak zła, memiczna sława organizatora niedoszłych wyborów kopertowych nie zmieniała dowcipu w realną prognozę; zbyt prestiżowy jest to dla PiS projekt. Od tego czasu minęło raptem 10 tygodni i wychodzi na to, że igrzyska już nie są takie pewne. Przynajmniej w Krakowie. Szybko poszło. Rzec można, że ministrowi Sasinowi robota pali się w rękach.

Odklejenie etykietki specjalisty od urządzania imprez-humbugów będzie procesem kosztownym - w przypadku Krakowa ceną są rządowe gwarancje finansowania igrzysk, na które miasto wciąż nie może się doczekać. Warto zresztą przypomnieć tło: do projektu miasto włączało się niezbyt chętnie, po cichu wręcz, jakby pomne faktu, że kilka lat wcześniej sromotnie przegrało z mieszkańcami w referendum spór o organizację zimowych igrzysk. Inicjatywę IE rozkręcali politycy PiS z Małopolski, a kluczową postacią przedsięwzięcia był Tomasz Poręba, europoseł z Podkarpacia, a jednocześnie wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

W Krakowie uznano więc - całkiem słusznie - że nie warto odrzucać zalotów władzy, która przecież na projekty „narodowe” jest w stanie trwonić pieniądze bez umiaru. Za zgodą na uczynienie z miasta serca imprezy miały pójść miliony na zbudowanie/dokończenie/naprawienie infrastruktury. Bardzo opłacalny ruch z punktu widzenia lokalnych władz i mieszkańców, choć niekoniecznie polskiego podatnika. W planach uwzględniono przecież między innymi wyremontowanie za ciężkie miliony stadionu Wisły, tutejszej finansowej studni bez dna, jednej z największych budowalnych niedoróbek od momentu zyskania praw miejskich i czasów Bolesława Wstydliwego.

Kiedy jednak palcem na wodzie rysowano pomysły i obietnice, nikt jeszcze nie słyszał nazwy SARS-CoV-2, a Jacek Sasin był daleko od projektu. Dziś te dwie zmienne są kluczowe dla sytuacji, w której ponad półtora roku od ogłoszenia gospodarza IE oraz dwa i pół roku przed początkiem imprezy nie ma specustawy ani podpisanych żadnych umów. Na to nakłada się też wrażenie, że rząd Zjednoczonej Prawicy znów ustawił właściwą dla siebie temperaturę relacji z prezydentem Jackiem Majchrowskim. Zazwyczaj przecież bardzo chłodną.

Pokiereszowanego pandemią Krakowa - jak bardzo to się jeszcze okaże po rozliczeniu całego roku podatkowego - na igrzyska nie stać, a zaangażowany w walkę z COVID-19 rząd nie ma czasu na rozwiązywanie spraw drugorzędnych. Z tego punktu widzenia to nawet korzystne, że minister Sasin zajął się igrzyskami, a nie koordynowaniem akcji szczepień. Choć może w tym szaleństwie jest metoda: odwołanie egzotycznych IE to z dzisiejszej pandemicznej perspektywy już sam zysk, a nie strata.

Dla PiS to jednak wciąż ważne, politycznie zwłaszcza, przedsięwzięcie - w 2023 roku są przecież także wybory. A tymi igrzyskami można przecież otworzyć oczy niedowiarkom, a na pewno pobić przy ich okazji trochę przedwyborczej piany. I co z tym fantem zrobi minister Sasin?

Przemysław Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.