Szerzyny. Uratowali siebie, ale ogień strawił im dom i dorobek życia

Czytaj dalej
Fot. Paweł Chwał
Paweł Chwał

Szerzyny. Uratowali siebie, ale ogień strawił im dom i dorobek życia

Paweł Chwał

Gdy wybuchł pożar, Marcin i Mateusz w popłochu wybiegli z płonącego domu boso, jedynie w koszulkach z krótkim rękawem i spodniach od piżamy. Ich rodzice ratowali się ucieczką przez wybite okno, a babcię wyprowadzono w ostatniej chwili przez boczne drzwi. Kobieta ma kłopoty z chodzeniem i sama nie była w stanie wydostać się objętego płomieniami budynku.

Poza domem był szósty z jego mieszańców - Roman, starszy z synów 82-letniej Ireny Kmiecik. Mężczyzna poszedł akurat na chwilkę do oddalonej od gospodarstwa o kilkaset metrów drogi, aby zrobić zakupy w objazdowym sklepie. Czarny dym wydobywający się z budynku zauważył w drodze powrotnej.

- Jak dobiegłem do domu, to brat z rodziną byli już poza budynkiem. Najpierw wyprowadziliśmy mamę ze środka, a potem chwyciłem wiadro i nalewając do niego wodę próbowałem gasić pożar. Na darmo. Płomienie były coraz większe i trawiły kolejne kawałki drewnianego budynku - opowiada ze łzami w oczach mężczyzna. Swoją, dramatyczną akcję ratowniczą przypłacił oparzeniami ręki i głowy. Z tego powodu karetką przewieziony został do szpitala.

Stracili wszystko, co mieli

Dom, w którym mieszkali Kmiecikowie, został wybudowany jeszcze przed wojną. Nie był już w najlepszym stanie, ale zapewniał spokojny byt trzypokoleniowej rodzinie. Jego lokatorzy, wraz z pożarem, stracili nie tylko dach nad głową, ale również cały dobytek. Ogień wraz z budynkiem strawił bowiem wszystko, co mieli w środku.

- Dziękujemy Bogu, że uszliśmy z życiem, bo gdyby pożar wybuchł w nocy, to pewnie wszyscy udusilibyśmy się i spłonęli. To był moment, nie było czasu na to, aby cokolwiek ratować i wynosić. Trzeba było jak najszybciej uciekać - opowiada Stanisław Kmiecik, drugi z synów pani Ireny, który wspólnie z żoną i dwójką nastoletnich synów zajmował połowę domu.
Mężczyzna zazwyczaj wychodzi wcześnie rano do pracy, ale w tym dniu źle się czuł i poprosił o wolne. Jego synowie nie poszli do szkoły, bo mieli grypę.

Bracia Stanisław (z lewej) i Roman Kmiecikowie na zgliszczach spalonego domu. W budynku mieszkała sześcioosobowa rodzina
Paweł Chwał Stanisław i Anna Kmiecikowie z synem Mateuszem

- Gdy wołałem, że się pali, wybiegli z domu prosto z łóżek. Na polu był 20-stopniowy mróz. Jak przyjechali strażacy to od razu dali im jakieś kurtki, żeby się okryli i buty na nogi, bo groziło im odmrożenie stóp - mówi Stanisław Kmiecik.

Z dalszej części tekstu dowiesz się:

  • kto przygarnął pogorzelców
  • co zrobiła po pożarze gmina
  • kiedy pogorzelcy będą mieli nowy dom
Pozostało jeszcze 48% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 12,30 zł co 5 dni.

    już od
    12,30
    /5 dni
Paweł Chwał

Dziennikarzem jestem od ponad 20 lat. Piszę w zasadzie o wszystkim, dlatego można mnie spotkać na co dzień z nieodłącznym aparatem fotograficznym niemal wszędzie. Specjalizuję się w tematyce społecznej, chętnie opisuję problemy, z którymi muszą zmagać się na co dzień nasi Czytelnicy oraz kuriozalne i niezrozumiałe często decyzje, które uprzykrzają im życie. Lubię odkrywać historię miasta i regionu oraz ukazywać piękne i nieodkryte miejsca, których pod Tarnowem jest mnóstwo.  Każdy dzień w tej pracy jest inny i nieprzewidywalny.


Moja dewiza to: "Każdy temat można opisać w ciekawy sposób, trzeba tylko rozmawiać z ludźmi"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.