Artur Drożdżak

Tragiczny koniec bezdomnego życia

Oskarżony Stanisław K. za pobicie pokrzywdzonego został skazany przez krakowski sąd na cztery i pół roku więzienia Fot. Artur Drożdżak Oskarżony Stanisław K. za pobicie pokrzywdzonego został skazany przez krakowski sąd na cztery i pół roku więzienia
Artur Drożdżak

Troje oskarżonych odpowiadało za brutalne pobicie Stanisława S. w ogródkach działkowych przy ulicy Siemaszki w Krakowie. Sąd apelacyjny zmniejszył im kary, ponieważ biegły uznał, że nie odpowiadają za śmierć swej ofiary, reanimowanej przez ratowników.

Życie Stanisława S. można podzielić na dwa etapy. W pierwszym miał pracę, dom, kochającą żonę i czteroletnią córkę. W drugim żył w ubóstwie - wśród kryminalistów i meneli. Bez wyjaśnienia pewnego słonecznego dnia 1989 r. wybrał los osoby bezdomnej i porzucił dawne życie. Żona szukała go, pytała ludzi, którzy widywali męża. Domyślała się, że żyje, ale gdzie - nie miała pojęcia.

Rodzina szuka bez skutku

Raz sąsiad powiedział Halinie S., że Stanisław dzwonił w błahej sprawie. Innym razem na adres żony przyszedł rachunek ze szpitala, w którym mąż przez moment przebywał. Córka Monika S. szukała ojca, gdy osiągnęła pełnoletniość. Wybaczyła mu brak zainteresowania i to, że ją opuścił. Chciała choć raz porozmawiać, przytulić się, pocałować. Niestety, jej wieloletnie wysiłki nie zakończyły się sukcesem.

Wydawało się, że mężczyzna zatarł za sobą wszystkie ślady, gdy we wrześniu 2015 r. do drzwi mieszkania Haliny i Moniki S. zapukali policjanci. - Czy tu jest zameldowany Stanisław S.? - zaczęli rutynowo. Panie kiwnęły na potwierdzenie. - Niestety, mamy złe wiadomości. Ten pan nie żyje. Zginął tragiczną śmiercią - bąknęli funkcjonariusze zmieszani i szybko się oddalili.

Altanki na Siemaszki

W drugim etapie życia Stanisław S. pomieszkiwał w altankach przy ul. Siemaszki. To raj dla bezdomnych i rozbitków życiowych. Świat, który rządzi się innymi prawami. Tu liczy się siła lub pieniądz zarobiony przy zbieraniu i sprzedaży złomu lub wyżebrany na ulicy. Stanisław S. nie tęsknił za dawnym życiem. Trochę się jednak wściekł, gdy zauważył, że ktoś mu ukradł 100 zł i uzbrojony w metalowy drąg ruszył do najbliższej altanki. Przy stoliku siedziały trzy osoby i sączyły alkohol. W głowie Stanisława S. zaświtała myśl, że wódka była kupiona za skradzione mu pieniądze.

Dowodów nie miał, tylko podejrzenia. To mu wystarczyło, by zaatakować biesiadników, ale najpierw nazwał ich „złodziejami”. Zauważyli, że się zbliża z groźną miną i wykonuje zamach, by uderzyć brechą, ale zdołali się uchylić.

Poznali Stanisława S., który w tym środowisku miał pseudonim „Kuciapka”. On także poznał Edytę S., którą nazwał wulgarnie k...wą. Dwa dni wcześniej w jego altance wypili sporo trunków. Stanisław S. poznał także jej chłopaka Jerzego W., ps. Poli, o którym wyraził się „pedofil”. Pierwszy raz widział krępego Stanisława K.

Jerzy W. wyrwał brechę napastnikowi i podał ją partnerce, a Edyta S. schowała pod łóżko. Zaatakowani i znieważeni przeszli do kontrofensywy. Jerzy W. zdzielił Stanisława S. w twarz, potem zaczął go kopać i do ataku przyłączył się Stanisław K.

Pobity i porzucony

Edyta S. zagrzewała ich do boju i nożem przejechała po szyi pokrzywdzonego. Rana nie była groźna i głęboka. Bity nie przestawał wyzywać prześladowców, ale po chwili znieruchomiał na ziemi. Nieoczekiwanie pojawił się Marcin K. ps. Szalony i zobaczył pobitego Stanisława S., który ciężko oddychał i charczał. Towarzystwo przy stoliczku wróciło do picia.

Jerzy W. skoczył po nową flaszkę, którą powoli opróżnili. Co pewien czas podchodzili do leżącego Stanisława S. i zadawali mu uderzenia. Bili tak „na raty”. Dwa razy Jerzy W. oddał na niego mocz, by okazać pogardę.

Pojawiła się na miejscu z kolegą córka Edyty S. Widzieli rannego, próbowali mu pomóc, by stanął na nogach, ale nie dali rady. Nie udało się też posadzić go na krześle, bo bezwładnie się zsuwał. Gdy jedna z osób chciała telefonicznie wezwać karetkę, Stanisław K. zabronił, bo wiedział, że i policja pojawi się w altance. W końcu na uboczu Marcin K. ps. Szalony połączył się z dyspozytorem pogotowia. Nie przedstawił się prawdziwym nazwiskiem, ale podał adres, gdzie potrzebna jest pomoc lekarza.

Po chwili rozległy się sygnały karetki i wtedy towarzystwo rozpierzchło się. Reanimacja na terenie ogródków działkowych nie przyniosła rezultatu i mężczyzna zmarł. Miał m.in. połamane trzy żebra i kość gnykową. Zdaniem biegłego, zgon nastąpił na skutek zachłyśnięcia się krwią po złamaniu kości nosa, wybiciu zębów i krwotoku. Do uduszenia mógł się przyczynić nieprawidłowy odruchu odkrztuszania, powstały na skutek urazów szyi.

Medyk stwierdził, że obrażenia spowodowane przez bijących były w bezpośrednim związku przyczynowym ze zgonem pokrzywdzonego. Oskarżeni o śmiertelne pobicie generalnie przyznawali się do winy, choć starali się umniejszać swoją rolę. Stanisław K. mówił, że może raz uderzył w twarz i ze trzy razy kopnął w tułów. Zaprzeczał, by powstrzymywał inną osobę przed wezwaniem pogotowia. W przeszłości był wielokrotnie karany m.in. za przestępstwa z użyciem przemocy. Także Jerzy W. miał na koncie wiele wyroków. Tylko Edyta S. nie miała przeszłości kryminalnej.

Na miejscu zdarzenia znaleziono brechę ze śladami DNA Stanisława S. To potwierdzało zeznania, że w pierwszej fazie zajścia zaatakował biesiadników. W drugiej już tylko był ofiarą bicia.

Sąd Okręgowy w Krakowie za okoliczność obciążającą oskarżonych uznał, że działali pod wpływem alkoholu, a dwoje z nich było karanych. Okolicznością łagodzące było przyznanie się do winy, przeproszenie rodziny pokrzywdzonego i wyrażenie skruchy.

Zdaniem sądu, sprawcy obracają się w środowisku, w którym nie przestrzega się norm społecznych. Trudno więc się dziwić, że nie udzielili pomocy pobitemu, a gdy jedna osoba wezwała karetkę, to pod zmienionymi personaliami. Takie osoby bezdomne, zauważył sąd, unikają kontaktu ze światem zewnętrznym, instytucjami i organami publicznymi.

Wyroki sądów

Sąd okręgowy skazał Stanisława K. na 6 lat więzienia, a Jerzemu W. wymierzył 4 lata. Łagodniej potraktował Edytę S., bo w chwili czynu miała ograniczoną poczytalność. Została skazana na rok w zawieszeniu na 3 lata i oddana pod dozór kuratora. Na rzecz Moniki S. sąd nakazał zapłatę zadośćuczynienia. W apelacji obrońcy wytykali, że nie wiadomo, czy ich klienci odpowiadają za śmierć pokrzywdzonego. Z ekspertyzy biegłego wynikało bowiem, że obrażenia szyi związane z zachłyśnięciem się krwią nastąpiły bezpośrednio przed zgonem, a inne w tym samym czasie lub nawet kilka godzin wcześniej. Pojawiła się wątpliwość, czy mogło dojść do nagłego zachłyśnięcia się krwią, gdy próbowano Stanisława S. postawić na nogi lub gdy gwałtownie przemieszczano go podczas akcji ratunkowej.

W uzupełniającej opinii biegły zgodził się, że Stanisław S. na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności mógł się udusić krwią w trakcie intubacji przez ratowników. Oni też połamali mu żebra w trakcie reanimacji.

Ostatecznie Sąd Apelacyjny w Krakowie złagodził kary, przyjmując, że oskarżeni nie przyczynili się do śmiertelnego skutku. Pierwszego skazał na 4 lata i 6 miesięcy, drugiego na 3 lata i 6 miesięcy, Edyta S. dostała karę 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Mają zapłacić 8, a nie 10 tys. zł rodzinie ofiary. Wyrok jest prawomocny.

Artur Drożdżak

Dziennikarz zajmujący się sprawami sądowymi i prawnymi specjalizujący się w zagadnieniach karnych. Częsty uczestnik rozpraw w sądach na terenie całej Małopolski, głównie w Krakowie, Tarnowie i Nowym Sączu. Były wykładowca dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Pedagogicznym i Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.