Bogumił Storch

Umrze, gdy braknie prądu

Annie Świecy trzy lata temu wycięto płuco. Drugie też jest poważnie chore. Oddycha teraz tylko za pomocą 40-kilogramowej skrzynki, do której jest uwiązana, Fot. Bogumił Storch Annie Świecy trzy lata temu wycięto płuco. Drugie też jest poważnie chore. Oddycha teraz tylko za pomocą 40-kilogramowej skrzynki, do której jest uwiązana, jak sama mówi, niczym pies do budy
Bogumił Storch

Emerytka od lat uwięziona jest w swoim małym mieszkaniu. Nie stać jej na aparat zastępujący płuco. Urzędnicy, którym nakazano zająć się sprawą, rozkładają ręce i twierdzą, że to nie ich problem

Od ośmiu miesięcy 61-letnia Anna Świeca z Wadowic czeka na decyzję urzędników, która pozwoli jej nie tylko po raz pierwszy od trzech lat wyjść z domu, ale i uchroni przed śmiercią w razie awarii prądu.

Emerytka, której wycięto jedno płuco, a drugie ma chore, oddycha tylko dzięki ważącemu 40 kilogramów koncentratorowi tlenu. Musi być cały czas do niego podłączona. Sprzęt nie dość, że ciężki, to jeszcze nie ma wewnętrznego zasilacza. Dlatego w razie awarii prądu pani Ania może liczyć tylko na refleks strażaków.

- Jeśli nie dowiozą mi generatora w kwadrans, to nastąpi niedotlenienie mózgu i po prostu umrę - mówi szczerze. Tymczasem od kilku miesięcy pomiędzy Samorządowym Kolegium Odwoławczym a Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie trwa wymiana dokumentów, czy PCPR powinno dać emerytce 9 tys. zł na mobilny aparat do oddychania.

W razie awarii prądu Annie Świecy zostanie tylko kilkanaście minut życia

Dwa metry to długość rurki, jaka po przedłużeniu domowym sposobem z kilkudziesięciu centymetrów łączy nos Anny Świecy z koncentratorem tlenu, który stoi przy jej łóżku.

Aparat połączony jest krótkim kablem z gniazdkiem elektrycznym. Kobieta może więc od łóżka odejść na odległość rurki. By przejść dalej w swoim dwupokojowym mieszkaniu, np. do łazienki, musi odłączyć się od urządzenia.

Lekarz zalecił jej krótkie spacery dla rehabilitacji, ale emerytka nie może się w ten sposób leczyć. Kobieta od trzech lat nie jest w stanie opuścić czterech ścian. Wycięto jej jedno płuco i jest teraz całkowicie uzależniona od tego urządzenia. Nie ma szans, by wyjść na spacer, do lekarza, urzędu. Psują się jej zęby, ale do dentysty też nie może się wybrać.

Urządzenie nie ma własnego zasilania, dlatego zwykła awaria prądu dla pani Ani może być wyrokiem śmierci.

- Gdybym na dłużej niż tylko kwadrans odłączyła się od aparatury, to mózg uległby niedotlenieniu i po prostu umarłabym. Z kolei gdyby doszło do awarii prądu, straż pożarna musiałaby w 15 minut dotrzeć tu z generatorem. Jeśli na przykład utkną w korku, to będzie po mnie - płacze 61-latka.

Taki aparat, jaki ma, wart jest trzy tysiące złotych. Lekki, przenośny koncentrator tlenu, taki, z którym można by już wyjść z domu lub awaryjnie skorzystać z niego w przypadku braku zasilania, kosztuje ok. 9 tys. zł. Dla pani Ani to ogromny wydatek.

- Mam tylko nieco ponad 700 zł emerytury. O 100 zł za dużo dla większości instytucji, które osobom niezamożnym mogłyby kupić taki sprzęt. Mąż też choruje i ma niską emeryturę. Trzej dorośli synowie pomagają nam, jak mogą, ale sami mają kłopoty finansowe - wyjaśnia.

Z Urzędu Miejskiego w Wadowicach i Starostwa Powiatowego odesłano ją do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Osiem miesięcy temu pani Ania złożyła tam wniosek o dofinansowanie, ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, w wysokości 90 proc. wartości urządzenia pozwalającego jej oddychać. Dostała jednak decyzję odmowną. - Napisali, że podczas wizytacji u mnie w domu zauważyli balkon i na nim mogę się przecież rehabilitować. Tylko że on jest za mały i o żadnym ruchu i nie ma tam mowy, a ja ani mąż nie damy rady przepchnąć przez wąskie drzwi 40-kilogramowej aparatury - wyjaśnia Anna Świeca. Balkon ma wymiary 1 metr na 1,5 metra.

Kobieta odwołała się od tej decyzji do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a to w grudniu uchyliło odmowę PCPR i nakazało tej instytucji ponowne rozpatrzenie wniosku. I tym razem jednak zapadła decyzja na „nie”.

PCPR powołało się tu na przepisy, które mówią, że w ramach dopłat do programu likwidacji barier technicznych można przeznaczyć pieniądze tylko na urządzenia do rehabilitacji, a tu chodzi - zdaniem instytucji - o aparat medyczny.

Wicedyrektor PCPR Agnieszka Ślusarczyk tłumaczy, że pierwsza decyzja odmowna była źle sformułowana, stąd jej uchylenie. Gdy pytamy, która instytucja może w takim razie pomóc emerytce, odpowiada, że nie ma pojęcia.

- Nie wiem, czy to urzędnik, czy przepisy są bezduszne, ale tym jednym pismem skazują mnie na dożywotne więzienie, a nawet śmierć - płacze emerytka.

- Środki finansowe PFRON można przeznaczyć na zadania, o których mowa w ustawie o rehabilitacji zawodowej i społecznej. Ustawa ta odsyła do odrębnych przepisów, jeżeli chodzi o rehabilitację leczniczą, a odmowna decyzja została podtrzymana z uwagi na to, że koncentrator tlenu jest urządzeniem medycznym i stosuje się go do leczenia tlenem, a nie rehabilitacji. Uzasadnienie ponownie wydanej decyzji jest bardziej szczegółowe, niż poprzednie - wyjaśnia Agnieszka Stolarczyk,
zastępca dyrektora Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Wadowicach.

Bogumił Storch

Reporter wadowickiego oddziału Gazety Krakowskiej

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.