W gabinecie nie ma dyplomów, tylko zdjęcia dzieci od swoich pacjentek

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz
Katarzyna Janiszewska

W gabinecie nie ma dyplomów, tylko zdjęcia dzieci od swoich pacjentek

Katarzyna Janiszewska

Rozmawiamy z dr Teresą Górnisiewicz, ginekologiem położnikiem ze Szpitala Uniwersyteckiego Collegium Medicum UJ, Lekarzem Roku w plebiscycie „Gazety Krakowskiej”

Po tylu latach w zawodzie narodziny nadal są dla Pani cudem?

W tym roku mija mi 20 lat pracy. Nie chcę powiedzieć, że to już rutyna. Ale teraz stoję przy pacjentce jak strażnik. Skupiam się na tym, czy poród przebiega prawidłowo, czy nie ma spadków tętna. Dziś spokojniej podchodzę do porodu. To nie zobojętnienie, raczej zawodowy profesjonalizm. Cały czas się kształcimy. Ale najważniejsze jest doświadczenie. Jestem przygotowana na różne sytuacje. Z drugiej strony położnictwo uczy pokory. Nie ma dwóch jednakowych porodów, trzeba wiedzieć, że wielu rzeczy się nie wie.

Cud narodzin polega chyba na tym, że to cud, że kobieta jest w stanie go wytrzymać.

Sama rodziłam dwa razy. Pierwsze dziecko na dwa tygodnie przed studiami, drugie na piątym roku. Gdyby mi ktoś dał parę wskazówek, ten poród byłby łatwiejszy. Naszym obowiązkiem jako lekarzy - choć nie wszyscy koledzy to robią - jest rozmowa z pacjentką, jak poród wygląda. Tłumaczę paniom, żeby nie słuchały opowieści koleżanek, żeby do porodu nastawiły się pozytywnie, to łatwiej go będzie przejść. Nie opowiadam, że nie boli. Ale ten ból narasta stopniowo, możemy się do niego przyzwyczaić. Mamy dużo leków przeciwbólowych, znieczulenie zewnątrzoponowe. Kobieta w XXI w. nie powinna cierpieć. Oczekuje na narodzenie swojego dziecka i to ma być najpiękniejszy dzień w jej życiu.

Ale poród piękny nie jest...

Nasz mózg z czasem nie pamięta bólu, wypieramy go ze świadomości. Ja wiem, że to był dla mnie koszmar, że mnie bolało, ale nie pamiętam jak. Gdybym pamiętała ból po pierwszym porodzie, pewnie nie zdecydowałabym się na drugą ciążę. A jednak kobiety rodzą kolejne dziecko i kolejne.

Mężczyzna by to wytrzymał?

Płeć piękna jest silniejsza. Choć panowie asystują partnerkom przy porodzie i jest to dla nich ogromne przeżycie. Możliwość przecięcia pępowiny to dla nich coś wspaniałego, tworzy wielką więź z dzieckiem. To partnerki są bardziej skrępowane tym, że są roznegliżowane, że podczas porodu zachodzą procesy fizjologiczne, których one nie kontrolują. Kiedy widać już główkę, to panowie często jednak nie wytrzymują napięcia i wychodzą. Wracają, jak dziecko już się urodzi.

Nie boją się wziąć maluszka na ręce?

Bardzo szybko chcą go przytulić. Teraz jest moda na tzw. kangurowanie. Mnie raz zaskoczył pewien tatuś, który się rozebrał, i na owłosiony tors wziął swoje nowo narodzone dziecko. Maluch się uspokoił. Bakterie z ciała taty miały na nim osiąść. Mama od razu dostaje noworodka do karmienia. bo dzięki temu, że może od razu go przytulić, szybciej zapomina o bólu. Dawniej przynoszono jej maluszka po jakimś czasie.

W tym zawodzie do białej gorączki doprowopinie. To zabiera wiele energii

Dla niektórych kobiet poród to nic wielkiego, inne wspominają go jako horror. Od czego to zależy?

Każda kobieta jest inna. Mamy inny próg bólu, ważne jest nastawienie, opieka podczas porodu, poczucie bezpieczeństwa pacjentki. Wszystkie ciężarne panie, które są pod moją opieką, mogą do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Zawsze odbiorę telefon. Kobieta ciężarna nie ma głupich pytań. To dla niej nowa sytuacja. A rozmowa ją uspokaja. Mamy fajną szkołę rodzenia. Też ją zalecam. Krok po kroku pacjentka dowiaduje się, co się z nią będzie działo, jakie rzeczy wziąć ze sobą do szpitala. No i najważniejsza sprawa: położna. Przy porodzie jest nawet ważniejsza niż lekarz.

Potrafi pokierować, że mniej boli?

Tak. Bada, ocenia jak przebiega mechanizm porodowy, kiedy rodząca powinna przeć, a kiedy nie. Nie wszystkie pacjentki rodzą na plecach, są różne pozycje. Położna wie, która jest najlepsza dla rodzącej, kiedy dać coś przeciwbólowego. Mamy trzy położne na dyżurze, prawie każda rodząca ma swoją. Kiedy pani rodzi z mężem, wtedy nie chcemy przeszkadzać. Ale w naszym szpitalu jest monitoring, więc nawet siedząc przy biurku, wiemy, co się dzieje na sali porodowej.

Cesarka to tchórzostwo?

Coraz więcej jest tzw. wskazań psychiatrycznych ze względu na tokofobię, czyli obawę przed bólem. Pacjentki bardzo boją się skurczów, idą do psychiatry, a on im wypisuje wskazanie do cięcia cesarskiego. Jest to trochę nieświadomość pacjentek...

Pójście na łatwiznę?

Nie robię cięć na życzenie. I tutaj, niestety, tracę pacjentki. Cięcie cesarskie to olbrzymia operacja. Istnieje dziewięć razy większe ryzyko powikłań niż przy porodzie siłami natury. To udowodnione naukowo. Dziecko po porodzie naturalnym lepiej się rozwija psychicznie, fizycznie, mentalnie, w każdym sensie. Jest ten czas adaptacji w drogach rodnych.

Podczas zwykłego porodu też może dojść do powikłań.

Po to jesteśmy my, by ten moment wyłapać. Jak jest zagrożenie dla dziecka, matki robimy cięcie. Wtedy nie ma wyjścia.

Jak się zmieniło położnictwo, ginekologia od kiedy Pani pracuje?

To nie te czasy, kiedy kawałek sufitu potrafił spaść pacjentce na głowę (śmiech). Jest o wiele większy komfort. Kiedy rodziłam w 1988 r. razem ze mną w sali leżało 15 kobiet. Teraz sale są dwuosobowe, z łazienkami, klimatyzacją. My, lekarze, jesteśmy lepiej wyszkoleni. Cały czas się dokształcamy. Pielęgniarki i położne są po studiach.

A mimo to mamy niż demograficzny.

Nie wiem. Może dzięki programowi „500 +” będzie więcej dzieci? Choć tak naprawdę nie bardzo w to wierzę. Dziś kobieta jest bardziej kobietą pracującą niż matką. Najpierw chce się rozwijać zawodowo, wybudować dom, zwiedzić świat. I dopiero mając trzydzieści parę lat decyduje się na dziecko. To źle, bo po 35. roku życia zwiększa się ryzyko wystąpienia wad genetycznych. Jeszcze trudniej zdecydować się na drugie dziecko. Wracamy do pracy, tutaj wyjazd, wakacje, zapominamy już o pieluchach. Dlatego lepiej rodzić wcześniej, w krótkich odstępach czasu. Szybko zakończyć prokreację i można się spełniać zawodowo!

Wiele kobiet ma duży problem z zajściem w ciążę. Skąd się bierze bezpłodność?

Jest wiele zaburzeń endokrynologicznych i anatomicznych. Np. niedrożność jajowodów i endometrioza, kiedy jajniki i jajowody są tak zniszczone, że pozostaje już tylko in vitro. A poza tym? Blokada psychiczna. Stres, styl życia, jaki prowadzi wiele kobiet. Są zabiegane, brakuje im czasu. Pytam pacjentki: jak długo stara się pani o dziecko. Rok. A mąż gdzie pracuje? Jest w delegacji. To jak często się widzicie? Ze cztery razy w roku...( śmiech)

Dla kobiety to ogromny dramat. Pełni Pani też rolę psychologa?

To mnie gubi w pracy, że strasznie dużo gadam. Złości się na mnie rejestratorka, bo mam określony czas na pacjentkę i się w nim nie mieszczę. Każda pacjentka musi wyjść ode mnie - no nie wyleczona, bo tego się nie da załatwić od ręki - ale z jakimś planem działania. Nie powiem przecież: niech się pani nie martwi i tak się pani uda zajść w ciążę. Muszą być przeprowadzone rzetelne badania, postawiona diagnoza. I wtedy konieczna jest szczera rozmowa: czy jest szansa czy nie ma. Nie można zwodzić pacjentki i mydlić jej oczu.

Dlaczego została Pani lekarką?

To wszystko dzięki rodzicom, którzy ciężko pracowali. Zawsze chciałam być pediatrą. Ale żeby być ginekologiem? Gdzie tam! Nie dam rady! Na początku była bariera emocjonalna. Moja siostra jest oddziałową bloku operacyjnego na ginekologii. Ona mnie zainteresowała różnymi specjalizacjami. Przekonałam się, że ginekologia też jest fajna. I są maluchy. Co prawda ja je tylko wyciągam i oddaję pediatrom, którzy je badają, oglądają. Ale kontakt z dziećmi mam. Poza tym kocham operować. Chirurgia dla kobiety byłaby za ciężka. Stanie po 10 godz. przy stole operacyjnym to zadanie dla faceta. A tu też operuję: robię cięcia cesarskie, laparoskopie, histeroskopie.

Podobno już jako dziecko Pani leczyła...

Mieszkałam w Nowej Hucie - os. Na Lotnisku. Między blokami był ogromny trawnik. Rozkładałam kilka koców i na każdym miałam pacjenta - dzieci z sąsiednich bloków. Miałam strzykawki, bez igieł, żeby było bezpiecznie, kartoteki. Do dziś je mam!

Jak Pani odreagowuje stres?

Odpoczywam z wnuczką, 2,5-letnią Hanią. Kocham ją ponad życie! Nic mi więcej do szczęścia nie trzeba, wystarczy, że jest. Często zabieram ją do swoich rodziców. Widzę wtedy radość na ich twarzach. To jest dla mnie pełny relaks. Raz w miesiącu z przyjaciółkami idę do kina. Nie mam zbyt wiele czasu na odpoczynek. Ale należę do ludzi, którzy naprawdę kochają to, co robią. Wstaję rano, jestem zmęczona, a mimo to cieszę się, że idę do pracy. Kocham dyżurować. W swoim gabinecie nie mam porozwieszanych dyplomów potwierdzających lekarskie umiejętności, tylko zdjęcia dzieci, które dostałam od pacjentek, całą ścianę.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.