Wyjechał do Jasła, trafił pod Tobruk

Czytaj dalej
Halina Gajda

Wyjechał do Jasła, trafił pod Tobruk

Halina Gajda

Życie potrafi pisać niesamowite scenariusze - Władysław Myśliwiec wyszedł z domu tylko na chwilę. Wrócił do domu, okrążając wcześniej Europę i walcząc w Syrii. Nie wiedział nawet, że urodził mu się synek - Franek. Poznał go jako siedmiolatka

Dla Franciszka Myśliwca, emerytowanego nauczyciela, samorządowca, dzisiaj również ojca i dziadka, myśl o tacie Władysławie jest szczególnie bliska. Nie było go, gdy mały Franek przyszedł na świat, mówił pierwsze słowa, stawiał pierwsze kroki. W życiu syna pojawił się, gdy ten miał siedem lat.

- Każdego roku, 27 listopada idę na cmentarz, by zapalić znicz na grobie - mówi mężczyzna. - Dla ojca zawsze była to ważna data - tego dnia bowiem, w 1941 roku zakończyła się przecież Bitwa o Tobruk, w której przyszło mu walczyć i która na lata rozdzieliła go z rodziną.

Miał jechać tylko do Jasła, wrócił dopiero po latach

Tata, w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku, na polecenie sołtysa Brzany, miał podstawić wóz, by zawieźć grupę policjantów do Jasła - opowiada pan Franciszek. - Nie było dyskusji. Tyle, co wybuchła wojna. Ludzie się bali, nie wiedzieli komu ufać, kogo słuchać - dodaje.

Nie bez znaczenia było pewnie i to, że młody Władysław Myśliwiec ożenił się trzy miesiące wcześniej - może bał się, że jeśli się postawi i odmówi sołtysowi, czeka go śmierć? Jeszcze wtedy nie wiedział, że w drodze jest jego syn. Miał 27 lat i mnóstwo planów na przyszłość. W najgorszych koszmarach nie śniło mu się, że droga powrotna do domu zajmie mu ponad siedem lat i wiodła będzie przez Węgry, Jugosławię, Włochy, Syrię i Anglię. Przyszło mu walczyć nie tylko o Tobruk, ale również o Monte Casino i pod Ankoną. Nie przygotowywał się szczególnie, miał nadzieję, że odwiezie wspomnianych i na tym jego zadanie się skończy. Wieczorem będzie w domu. Szybko okazało się, że nie ma na to szans.

Władysław Myśliwiec walczył o Tobruk, pod Monte Cassino oraz pod Anakoną
Franciszek Myśliwiec: - Dokładnie pamiętam datę powrotu taty do domu, nie poszedłem wtedy do szkoły. Radość była wielka

- Tego dnia z Brzany do Jasła pojechało kilku mężczyzn. Nie mogli wrócić, więc postanowili przedostać się do Francji - pan Franciszek cicho opowiada rodzinną historię. - Ostatecznie trafił do Syrii, został żołnierzem III Brygady Strzelców Karpackich gen. Stanisława Kopańskiego - dodaje.

Niejeden raz wywinął się śmierci. Po powrocie do domu opowiadał o tym, jak podczas walki o Tobruk odłamek przebił plecak i zatrzymał się na menażce.

- Takie miał żołnierskie szczęście - mówi z uśmiechem syn.

Tobruk, choć mało wiemy o tej bitwie, bo historycy nie zajmowali się nią bowiem zbyt często, to dla żołnierzy był przedsionkiem piekła. W obozie od świtu do nocy wiał silny wiatr, który niósł za sobą tumany piachu. Wciskał się wszędzie - do ust, do nosa, przedostawał pod odzież. W takich warunkach trudno było cokolwiek zjeść czy wypić nie mówiąc o walce - wokół niczego nie było widać. Nie wiadomo było czy widziany przedmiot to kamień, czy może bomba. Wiatr ustawał dopiero, gdy robiło się ciemno. Następnego dnia, wszystko zaczynało się od nowa.

Młody Władysław wyjeżdżając do Jasła nie wiedział, że prędko do domu nie wróci

- Tata opowiadał, że biwakowali pod gołym niebem, spali pokotem, gdzie się tylko było można położyć, zmęczeni całodziennym czuwaniem, walką ze słońcem i piachem - opowiada rodzinne dzieje.

Czy mama wierzyła w powrót męża? Na pewno, ale temat nie wracał zbyt często. Nie miała na to czasu, bo musiała walczyć o przetrwanie reszty rodziny.

Nie masz taty? Znaczy, że mama znalazła cię w polu

Kilkuletni wówczas Franek, nieobecność ojca odczuwał na swój sposób. Dzieci zawsze są najbystrzejszymi obserwatorami i interpretatorami rzeczywistości.

Szybko dały odczuć małemu Frankowi jego inność.

- Wszystkie miały ojców, więc opowiadały, że przyszły na świat dzięki bocianowi - przytacza. - Według nich, mnie, wtedy półsierotę, mama miała znaleźć gdzieś w polu. Byłem jak naznaczony - dodaje.

Po wojnie rodzina zaczęła intensywne poszukiwania zaginionego. Napisali do Polskiego Czerwonego Krzyża. Przyszła odpowiedź, że ojciec żyje. Z armią Andersa trafił do Anglii. Udało się nawiązać z nim kontakt.

- Był 1945 rok, kończyła się wojna, wielu odetchnęło wreszcie z ulgą - wspomina. - Mama słała listy, liczyła, że mimo politycznych zawirowań, mąż wróci do domu cały i zdrowy - dodaje.

Napisał do taty: szybko przyjeżdżaj, tęsknimy

Kilkuletni wówczas Franek bardzo chciał wreszcie poznać tatę. Poszedł do szkoły rok wcześniej, by nauczyć się pisać i wzorem mamy wysłać depesze do ojca.- Dyrektor szkoły zgodził się, ale zastrzegł, że jeśli sobie nie poradzę, wrócę do domu. Miałem status, jakby to współcześnie powiedzieć, wolnego słuchacza - opisuje.

Status, statusem, a determinacja to zupełnie inna sprawa. Franek żmudnie ćwiczył litery, poznawał kolejne słowa. W końcu samodzielnie napisał list do taty o tym, że czeka na niego, że bardzo chce go poznać. Mozolnie wykaligrafowane słowa musiały chwycić mocno za żołnierskie serce Władysława, które nie dało się omamić wizji życia w dobrobycie, ale z dala od rodziny. Dzień powrotu ojca pan Franciszek pamięta do dzisiaj. Spostrzegł go jako pierwszy.

Władysław Myśliwiec cudem uniknąć śmierci trafiony odłamkiem bomby

- Wychodziłem do szkoły. Drogą w kierunku domu szedł mężczyzna w mundurze. Wiedziałem, że to tata - wspomina. - To były moje pierwsze, usprawiedliwione wagary, bo tego dnia nie poszedłem do szkoły - dodaje z uśmiechem.

Pamięta dokładnie datę - 9 maja 1947 roku. Wspólne „oswajanie się” trwało kilka dni - mama wciąż nie mogła uwierzyć, że odzyskała męża. Mały Franek nie odstępował taty, który patrzył na niego z czułością: powiedział, że nigdy nie uderzy syna, bo skoro nie było go, gdy ten zaczynał życie, to dorosłego 7-letniego mężczyzny nie wypada bić.

- Wtedy też, pierwszy raz zobaczyłem maszynkę do golenia i skosztowałem czekolady - śmieje się.

Czasem siadali wspólnie, tata opowiadał o wojennej przeszłości. Szczególnie często wracał do kapitana Józefa Kromkaya, który dowodził 2. kompanią 1 Batalionu Strzelców Karpackich. Zginął pod Monte Cassino. - Pojechałem na tamtejszy cmentarz, by w imieniu taty zapalić znicz na jego grobie. Gdy przywiozłem zdjęcia skromnej mogiły i pokazałem je tacie, rozpłakał się - mówi pan Franciszek.

Władysław Myśliwiec zmarł 25 listopada 2003 roku. Jakimś zrządzeniem losu, niemal w rocznicę zakończenia bitwy o Tobruk. Miał 90 lat.

Halina Gajda

Moja praca to przede wszystkim ludzie. Z małych społeczności, wiosek z dala od centrum powiatu, a jeszcze dalej od wielkich miast. Ich kłopoty, troski, radości – dla jednych banalne, dla nich o wielkiej wadze. Czasem jest to dziura w drodze, innym razem choroba kogoś bliskiego albo po prostu wnuk, który wygrał ważną olimpiadę. W każdej sytuacji staram się być blisko nich. Wszyscy oni już na zawsze zostają w pamięci. Widujemy się później na ulicy. Skinienie głową, dzień dobry, cześć - zwykłe gesty, ale dla nas ważne. Bo pamiętamy o sobie.

https://gorlice.naszemiasto.pl/ropica-polska-pomidorowo-paprykowe-krolestwo-w/ar/c1-8961077


https://gorlice.naszemiasto.pl/konrad-byl-pod-opieka-domowego-hospicjum-ktore-doplacalo-do/ar/c8-4686117


https://gorlice.naszemiasto.pl/tosia-kluk-wrocila-do-domu-udalo-sie-oddycha-juz-bez-rurki/ar/c1-7475883


https://gorlice.naszemiasto.pl/zagorzany-mloda-architektka-aleksandra-klinska-na-bazie/ar/c1-8972887?utm_source=facebook.com&utm_medium=gorlice-nasze-miasto&utm_content=fakty-i-opinie&utm_campaign=zagorzany-mloda-architektka-aleksandra-klinska-na-bazie&fbclid=IwAR3q_y8POS7BW_w9QyiDbaC2jx1mKxt-7ZsKb4rJfaA0lpS5y_VOQv2kLZE


 


Przez te kilkanaście lat pracy w Polska Press nie jeden raz zdarzyło mi się płakać z bezsilności, ale też śmiać się do łez. Nie boję się przyznać do słabości, ale mam też dystans do siebie. Szczególnie, gdy potrzebna pomoc komuś słabszemu, choremu, mniej zaradnemu. Wtedy robienie „wariata” przychodzi mi bez trudu. 

A na co dzień? Cóż, jestem amatorką mocnej kawy i wszystkiego, co ananasowe. Znajomi twierdzą, że tropikalny owoc jest najlepszą u mnie walutą. Pichcę w domowym zaciszu w ilościach znacznie przekraczających możliwości domowników. Dla ukojenia emocji wkładam na uszy słuchawki i odpalam płytę Zbigniewa Preisnera.


 


 

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.