Zaczarowany w drewnie i w obrazach świat braci Franciszka i Piotra Kwitów z Zalesia

Czytaj dalej
Fot. KRT
Krystyna Trzupek

Zaczarowany w drewnie i w obrazach świat braci Franciszka i Piotra Kwitów z Zalesia

Krystyna Trzupek

Matka Boska z różańcem w ręku w kapliczce z napisem ,,Pod Twoją obronę”. Ona, jako pierwsza, schowana w cieniu rozłożystego żywopłotu, wita gości zalesiańskiego gospodarza.

– Gość w dom, Bóg w dom - uśmiecha się na powitanie Franciszek Kwit, twórca kapliczki. - Zapraszam, przy gorącej herbacie
powspominamy stare czasy. Śniło mi się, że będę miał miłego gościa

Rzeźbienie jak modlitwa

- Ile ja mam lat? – pyta córki pan Franciszek. – 95 - odpowiada. – Wie pani, ja już dawno przestałem swoje lata rachować – uśmiecha się staruszek, który przeżył prawie wiek. – Ale to były zupełnie inne czasy – podkreśla. Urodził się 5 września w 1924 roku w Zalesiu, jako piąte dziecko z siedmiorga dzieci Józefa Kwita i Katarzyny z domu Gancarczyków w gospodarskiej rodzinie. Na roli pracował od dziecka, a że i piece umiał stawiać jak mało kto, to był niezwykle rozchwytywanym zdunem w całej okolicy. Dłubanie w drewnie podpatrzył od ojca. – Ale mnie się widzi, że mi to o wiele lepiej wychodziło – uśmiecha się. Mały Franek strugał fujarki, ptaszki. Pracy było dużo, jak to na gospodarce, toteż 95-latek rzeźbieniem zajął się na poważnie dopiero na emeryturze. Spod ręki pana Franciszka wychodziły głównie świątki i święte postacie. Na szafce w pokoju stoją sporych rozmiarów figury Jana Pawła II i św. Maksymiliana Mari Kolbego. W kościele w Zalesiu jest podarowana szopka, składająca się z 20 polichromowanych figur do metra wysokości, krucyfiks, płaskorzeźba św. Jana Pawła II. – Jak rzeźbię takie świątki, to tak, jakbym się modlił – podkreśla staruszek, który wyznaje zasadę, że bez Boga, ani do proga. Inspirację czerpał też z przyrody. Strugał ptaszki i małe zwierzęta. Myślistwo to była jego ogromna pasja. Od 1966 roku był zapalonym myśliwym, aktywnie działał w kole łowieckim Gorce w Kamienicy. Do tej pory podkreśla, że te rzeźby są hołdem dla zwierząt, składanym przez niego – myśliwego. Teraz od kilku lat już nie rzeźbi, ręce nie te, i wzrok odmawia posłuszeństwa. Tylko czasem weźmie jeszcze do ręki kawałek drewna, potrzyma, dla przyjemności coś w nim podłubie.

Miłość do ziemi

Największą wartość dla pana Franciszka miała ziemia, ta skąpana w pocie jego ojców. Darzył ją niezwykłą miłością i szacunkiem. - Brat mi nieraz powtarzał: Franek, zostaw tę gospodarkę i zajmij się rzeźbieniem – śmieje się 95-latek. – Ale ja nie potrafiłem. Gospodarzyłem na 8 hektarach, całe pole konikiem obrobiłem – dodaje. Cztery pory roku wyznaczały czas na pracę i odpoczynek. Sianokosy, żniwa, wykopki, orka. - Wszystko tymi rękami, nie tak, jak dziś, że nie wiadomo nawet kiedy zboże kombajn skosi i omłóci. Dawniej każde ździebło trzeba było wziąć do ręki, cepem omłócić, ale też i inny szacunek był do ziemi – wspomina 95-latek. Na jarmark do Nowego Sącza piechotą kobiety szły masło sprzedawać. – Żyło się biednie, skromnie, ale nikt głodny nie chodził. Inne to były czasy, oj inne, ale wesołe – ciągnie dalej staruszek. Po majówce, w ciepłe wieczory nieraz pół wsi się schodziło by pośpiewać. Doniosłe głosy kawalerów i delikatne panien mieszały się ze sobą i rozchodziły po całej okolicy. Tę sielankę przerwała wojna, na wspomnienie której 95-latek smutnieje.

Życie w ziemiance

Pan Franciszek przez dwa lata ukrywał się przed Niemcami w lesie. Był poszukiwany ponieważ znalazł się na liście przymusowych robotników. Należał do partyzantów AK i BCh. Brat jego Jan został rozstrzelany. Ktoś wydał go, że przetrzymuje broń. Niemcy przyszli, znaleźli skrytkę. Przyznał się i dobrowolnie poszedł na śmierć. W ten sposób ocalił od winy swoją rodzinę. – Ciężkie to były czasy. Latem spaliśmy w zbożu lub kopach siana. W zimie budowaliśmy sobie ziemianki, przykryte gałęziami i mchem. Czasem był taki głód, że jadło się szczaw rosnący na polu. Dobrze było, jak były grzyby, owoce i ryby w rzece – opowiada. Po kryjomu podkradał się do domu, by zjeść coś ciepłego. Ale pole trzeba było obrobić. Najczęściej pracował w nocy. Skoszone sierpem zboże pod osłoną nocy, wiązały rano siostry. Raz wpadł w ręce Niemców przy kopaniu ziemniaków. Uprosił, żeby pozwolili mu tylko zejść do rzeki i napić się wody ze źródełka. Udało mu się uciec. - Ale to było dawno – otrząsa się wspomnień pan Franciszek. – A o bracie Piotrze to pani słyszała? – pyta.

Św. Franciszek z Zalesia

Piotr Kwit był typem samotnika. Nie założył rodziny. Prawdziwy artysta. Małomówny, zamknięty w swoim świecie, który znajdował odbicie w jego obrazach. A jego świat był dobry, pełen harmonii, piękna natury, przyjazny człowiekowi. Zwali go ,,Ptasznikiem z Zalesia” albo św. Franciszkiem. Wszystko za sprawą niezwykłej więzi, jaka łączyła go z ptakami. Niektórzy szeptali, że podobno miał znać ich język. Sporą część swojej emerytury przeznaczał na ich dokarmianie. Toteż przylatywały licznie do jego skromnej, drewnianej chatyńki, a on je malował. – Przyroda dała mi taki talent, tak mnie oświeciła, że nabrałem zamiłowania. Nie marnowałem czasu, grałem, malowałem, rzeźbiłem na chwałę Bogu – to moja modlitwa – mawiał. Zmarł w 2002 roku. Na jego dorobek artystyczny składa się około tysiąca prac. Pan Franciszek ma ich kilkanaście. – To już takie pozostałości zostały – podkreśla 95-latek, który stworzył dla nich wyjątkowe miejsce.

Izba wspomnień

Długie, nisko kładące się promiennie jesiennego słońca wpadają przez uchylone drewniane okiennice ścieląc po podłodze rozmaite cienie. Stary, drewniany spichlerz kryje w sobie bogactwo wspomnień. Drewniane bale pod powałą, stare okna… wszędzie czuć zapach minionych czasów. Budynek zwie się Izbą Pamięci, taki memoriał w hołdzie dla brata Piotra, ale nie tylko. To tutaj schowane jest to, co było treścią życia pana Franciszka i to, co udało się ocalić od zapomnienia. Z jednej strony znalazły więc swoje zasłużone miejsce trofea łowieckie. Olbrzymi odyniec z lochą mogą naprawdę przestraszyć wchodzących. Lisy szczerzące kły i głowy jeleni z olbrzymimi porożami stanowią nie lada atrakcję. Pan Franciszek jest kolekcjonerem poroży zrzucanych przez zwierzęta. Druga ściana poświęcona jest pamięci Piotra Kwita. Z góry na dół obwieszona obrazami wybitnego zalesiańskiego artysty. – Proszę zobaczyć, tutaj stara chłopska kuchnia, jak z dziecinnych lat – wskazuje pan Franciszek. Faktycznie, obraz ma w sobie jakąś dziwną nostalgię za minionymi czasami. Kapa, czyli wielki piec gliniany, nad którym suszy się chłopska koszula, obok stół, na drewnianej ławie leniwie przeciąga się kot. Całość skąpana w słabym świetle lampy naftowej, z której wyłania się postać kobiety przędącej na kołowrotku. Pozostałe obrazy to sielskie, wiejskie zagrody chłopskie. W rogu izby stoi stara skrzynia wianna, posag żony Genowefy, obok zrobiony przez pana Franciszka drewniany kredens, jak przeniesiony z chłopskiej izdebki. W kącie izby rzeźbiarskie dzieła 95-latka: wyrzeźbiona szopka i drewniane ptaszki, powtykane w prawdziwe gniazda. Dziwne to zamiłowanie braci właśnie do tych skrzydlatych stworzeń. Mówi się, że ptaki wyczuwają dobrych ludzi.

Proszę zajrzeć do mnie

- To tyle z tych moich opowieści – uśmiecha się pan Franciszek na pożegnanie. – Dziś już pamięć nie ta, słuch słaby, język się plącze, cóż, starość nie radość, ale ja każdemu życzę, by takiego wieku doczekał – dodaje. - Jak kiedy będzie pani tędy przejeżdżać, proszę zaglądnąć w te strony, wstąpić na herbatę – mówi mocno ściskając mi dłonie. Podobnie każdy, zbłąkany przybysz, będzie w tych progach mile widziany.

Krystyna Trzupek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.