Złe emocje rozpaliły nocą pożar w bloku. I zabiły lokatorkę

Czytaj dalej
Fot. Artur Drożdżak
Artur Drożdżak

Złe emocje rozpaliły nocą pożar w bloku. I zabiły lokatorkę

Artur Drożdżak

Mieszkaniec Nowej Huty wraz z kuzynem z zemsty zlecili spalenie mieszkania 80-letniej sąsiadki. Podpalacz pomylił drzwi. Zginęła inna kobieta.

Dochodziła 2.00 w nocy, gdy Ewelinę obudził dziwny hałas za ścianą. Otworzyła drzwi do kuchni i natychmiast je zamknęła, bo doznała wrażenia, jakby nagle znalazła się w środku piekła. W jednej chwili zrozumiała, że sama nie pokona tamy gęstego, gryzącego dymu i płomieni, które odcięły jej drogę ucieczki na klatkę schodową.

Ewakuacja przez okno również nie wchodziła w rachubę, bo mieszkanie było na IV piętrze bloku mieszkalnego.

W takiej samej pułapce znalazła się siostra Eweliny, jej szwagier i ich 9-miesięczna córeczka. Pozostało telefonicznie wezwać na ratunek strażaków i czekać na nich jak na zbawienie.

Gdy się zjawili po kwadransie, zastali cztery osoby stojące przy oknie, do którego docierał już żar z płonącego jak pochodnia mieszkania. Pomoc nadeszła w ostatniej chwili.

Konflikt sąsiada i 80-latki

Mieszkańcy bloku nr 34 na os. Szkolnym w Nowej Hucie z pewną rezerwą obserwowali obie strony konfliktu, który rozgrywał się im przed oczami. Nie chcieli się angażować, bo zwykle tak jest bardziej wygodnie, bezpiecznie i spokojnie. Milczącej większości pewnie się wydawało, że w starciu z umięśnionymi nastolatkami nie mają szans.

Niewielu obstawiało, że Janina G. wygra, bo w końcu miała na karku swoje 80 lat, przeżyła II wojnę światową, komunizm i stan wojenny. Schorowana, udręczona codziennymi sprawami, jakoś się trzymała w trudnych dla starych ludzi realiach wolnej Polski.

Co ważne w tej historii, mieszkała pod numerem 46 na III piętrze bloku. Drzwi obok miała pomieszczenie gospodarcze, mały składzik, który kiedyś był częścią zsypu na śmieci. Radość ze spokojnej starości Janiny G. burzył lokator z mieszkania nr 9 na I piętrze, Grzegorz Ś.: 37-latek bez zawodu, wykształcenia i pracy. Kawaler, na utrzymaniu swojej partnerki, z którą miał 12-letnie dziecko, niekarany, taki niebieski ptak.

Jego codzienne życie to piwko, papierosek, imprezka. Wokół niego kręciło się sporo młodzieży, której imponował pewnością siebie, chamstwem i wulgarnym słownictwem.

Wśród nich był jego siostrzeniec Sebastian Z., młodzieniec lat 19, bez przeszłości kryminalnej, zawodu i pracy. Jedynym jego osiągnięciem życiowym było ukończenie gimnazjum. Był z tego bardzo dumny.

Grupa zauroczona Grzegorzem Ś. była mocna w gębie, zaczepna i arogancka. Przesiadywała na klatce schodowej koło jego mieszkania na I piętrze i miała się znakomicie, bo nikt jej nie podskoczył.

Ludzie bali się zwrócić uwagę wyrośniętym dryblasom, a gdy zawiadamiali policję, to zawsze robili to anonimowo.

Picie wódki na schodach, kiepowanie niedopałków na ścianach, zaśmiecanie klatki i grube słowa - na taki styl bycia w miejscu publicznym Janina G. się nie zgadzała.

Nie miała oporów, by publicznie zwrócić uwagę młodym ludziom. W odpowiedzi słyszała wyzwiska i groźby.

Grzegorzowi Ś. wyrwało się raz, że ją załatwi i spali. Rzucił to bez przemyślenia, ale te groźne słowa raz wypowiedziane, z czasem nabrały realnych kształtów i wróciły z całą niszczącą mocą. Na nieszczęście - dla tych mieszkańców, którzy tylko obserwowali napięcia między Janiną G. i Grzegorzem Ś.

Policja i eksmisja z mieszkania

Kobieta, by wyrównać szanse w nierównym starciu, sięgnęła po środki legalne, dopuszczalne i będące w zasięgu ręki: zaczęła wzywać dzielnicowego, by zrobił porządek z łobuzami na klatce.

Składała doniesienia na niesforną grupę i jej nieformalnego guru za zakłócanie ciszy nocnej.

Dwa razy jej interwencje miały konsekwencje finansowe dla przeciwnika. Grzegorz Ś. dostał mandaty za popełnione wykroczenia. To tylko go jeszcze bardziej rozjuszyło.

Podburzony przez niego siostrzeniec też wstąpił na wojenną ścieżkę przeciwko starszej pani. Janina G. była jak dobry wojenny strateg: zamiast się bronić, kontratakowała.

Była w Zarządzie Wspólnoty Mieszkaniowej i przeforsowała wniosek o eksmitowanie z lokalu uciążliwego lokatora, jakim był Grzegorz Ś.

Incydent przed świętami

W Wielki Piątek, 3 kwietnia 2015 roku, Janina G. na klatce zauważyła znanych jej trzech młodzieńców: pili, hałasowali, więc zwróciła im uwagę.

Niepochlebnie, ale obrazowo wyraziła się o Grzegorzu Ś., że „jest na wylocie”. Miała na myśli jego eksmisję z mieszkania.

Odzywka wzburzyła Sebastiana Z., który usłyszał tę frazę i poczuł się w obowiązku stanąć w obronie wujka. Rzucił wtedy kobiecie w twarz, by „sp...ła i zajęła się swoim życiem”.

Ta scysja uruchomiła lawinę nieszczęsnych zdarzeń, a jak wiadomo, lawina to zjawisko nieobliczalne, którego nie da się kontrolować.

W tym wypadku też tak było. Skutki okazały się opłakane.

Z późniejszych przesłuchań świadków i bohaterów tej historii wyłania się dość wyraźna sekwencja zdarzeń.

Gdy Grzegorz Ś. dowiedział się, że kobieta nie skuli uszu po sobie, postanowił podjąć radykalne kroki. Zaczął namawiać siostrzeńca, by znalazł kogoś, kto podpali drzwi mieszkania Janiny G.

80-letnia Janina G. składała doniesienia, że lokator zakłóca ciszę nocną. Dwa razy został ukarany mandatami

Zaoferował na ten cel 60 złotych.

Sebastian Z. zaproponował taką robotę koledze z ich paczki, ale usłyszał odmowę. Drugi z kolegów już nie był taki stanowczy.

Zlecenie za parę złotych

- Trzeba podpalić jej drzwi, bo oczernia mi wujka - tak Sebastian tłumaczył Szymonowi K. 18-latek potrzebował godziny czasu, by przemyśleć kuszącą propozycję.

Przekonało go to, że robota jest łatwa, bez wysiłku, na miejscu, a 60 zł piechotą nie chodzi. Był na utrzymaniu mamy, a ona nie szastała groszem, by spełnić zachcianki synka.

Sebastian Z. zapewnił go przy tym, że dostarczy benzynę i zadba o anonimowość kolegi. Da mu kominiarkę, by zakrył twarz. Na klatce schodowej był monitoring, więc pod tym względem trzeba było mieć się na baczności.

Szymon K. nie był karany, ale miał za sobą prawie trzyletni pobyt w ośrodku szkolno-wychowawczym w Zawichoście.

To nie jest najlepsza kuźnia kadr, by wejść w dorosłe życie. Zanim się zgodził na podpalenie, Sebastian Z. musiał kilka razy mu tłumaczyć, o które to drzwi chodzi i na którym piętrze mieszka Janina G.

Tej nocy obaj spotkali się trzy razy i w końcu jeden przekazał drugiemu pustą butelkę po wodzie mineralnej, do której za wiedzą i zgodą Grzegorza Ś. odlali benzynę z baku jego skutera.

Na robotę Szymon K. ubrał się jak na pokaz mody: miał na sobie firmowe adidasy i bluzę tej firmy oraz markową kurtkę Croppa. Nałożył kominiarkę i na próbę rozlał jeszcze na chodnik trochę zawartości butelki po mineralnej. Podpalił płyn.

Fajczył się ładnie, więc był pewien, że wszystko pójdzie błyskawicznie i zgodnie z planem.

Nie poszło.

Wypity wcześniej alkohol znacznie stępił jego zmysły i zamiast, jak obiecał, podpalić drzwi nr 46 na III piętrze, wyszedł wyżej i oblał benzyną, a potem podpalił drzwi do mieszkania nr 61, znajdującego się bezpośrednio nad lokum Janiny G.

Pomyłka podpalacza

Podpalacz szybko wybiegł z bloku, po drodze wyrzucił butelkę do śmietnika. Potem spotkał się z Sebastianem Z. i parą znajomych, by wypić trochę alkoholu.

Kilka godzin później dowiedział się, jakie były skutki jego pomyłki: zgon kobiety, groźny pożar, ewakuacja ludzi. Z wrażenia wypił od razu prawie połowę półlitrowej butelki wódki i usnął w piwnicy.

Gdy Szymon K. zrobił swoje, podpalona benzyna zajęła drzwi, wpłynęła do środka mieszkania i rozpętało się piekło, w którego środku znalazła się niczego nieświadoma rodzina Ch.

Przedpokój od ścian po sufit zgodnie z dawną modą z czasów Edwarda Gierka był wyłożony boazerią. Palił się idealnie.

Na skutek ostrego zatrucia tlenkiem węgla na miejscu śmierć poniosła 53-letnia Zofia Ch. Spała zmęczona po całodziennych przygotowaniach do zbliżających się wielkimi krokami Świąt Wielkanocnych. Mąż był w pracy, dzieci i 9-miesięczna wnuczka spały w pokojach obok.

Uratował ich czujny sen Eweliny, którą obudził trzask szyb pękających od gorąca.

Obudziła się też mieszkająca piętro niżej Janina G. Była uczulona na nocne hałasy w bloku i wstała z łóżka przekonana, że sąsiedzi po północy przesuwają meble. Gdy wyjrzała na korytarz, zobaczyła dym i płomienie. Zdała sobie sprawę, że to trzaski i szuranie to były odgłosy pożaru.

Kilka razy oblała wodą z miednicy płonące drzwi sąsiadów z góry, ale szybko zrozumiała, że musi natychmiast wezwać straż pożarną.

Otworzyła okna na klatce schodowej, by dym nieco zelżał i zawiadomiła, kogo się dało, że blok się pali.

Obudzili się inni sąsiedzi, po chwili strażacy zaczęli ewakuować ludzi z IV piętra. Wyprowadzili 20 osób z IV piętra, ale trwała dramatyczna walka, by ocalić ludzi z podpalonego mieszkania. Przez dym i płomienie udało się wyprowadzić czworo domowników.

Nie przeżyła Zofia Ch., mimo intensywnej reanimacji ratowników medycznych.

Z mieszkania wyniesiono jeszcze ważącą 11 kg butlę z gazem.

Biegły stwierdził w swojej ekspertyzie, że pożar był żywiołowy, nagły, gwałtowny i ciągle się rozwijał. Zagrażał wielu mieszkańcom bloku.

Wpadka podejrzanych

Rano zatrzymano Szymona K., Sebastiana Z. i Grzegorza Ś. Dwaj z nich zdążyli uzgodnić wspólną wersję zdarzeń, że mieli plan podpalenia składziku, a nie mieszkania Janiny G.

Staruszkę, jak przekonywali, chcieli jedynie nastraszyć, ale nie uwierzył w to ani prokurator, ani sąd.

Tylko Grzegorz Ś. nie przyznał się do winy i opowiadał, że nie było go na miejscu pożaru i nikogo nie namawiał do podpalenia drzwi sąsiadki.

- Nie mam z tym nic wspólnego, nie wiem, kto to zrobił - zapierał się do końca. Fakt, był w konflikcie z Janiną G., bo, jak mówił, ona ogólnie była konfliktowa.

Sąd w wyroku przyjął, że to Grzegorz Ś. namówił siostrzeńca do podpalenia, a ten z kolei nakłonił do przestępstwa Szymona K. To w języku prawniczym określono jako podżeganie łańcuszkowe. Sebastian Z. nie krył przy tym, że gdyby nie sugestie wujka, to sam by nie wpadł na pomysł podpalenia drzwi sąsiadki.

Z zemsty i dla zysku

Za okoliczność łagodzącą sąd przyjął fakt, że dwaj oskarżeni byli młodociani i przyznali się do winy.

Za obciążające Sąd Okręgowy w Krakowie uznał, że Szymon K. dopuścił się czynu z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, czyli z chęci zdobycia 60 złotych. Tego bezpośredniego sprawcę podłożenia ognia skazano na sześć i pół roku więzienia.

Zdaniem sądu Grzegorz Ś. i Sebastian Z. działali z chęci zemsty na sąsiadce, która przeszkadzała im w spotkaniach towarzyskich na klatce schodowej i nie tolerowała ich nagannego zachowania.

Siostrzeniec dostał 6 lat więzienia, a jego wujek 5 lat pozbawienia wolności. Skuteczna jednak była apelacja pokrzywdzonych i Sąd Apelacyjny w Krakowie pod-wyższył do 7 lat więzienia karę dla Grzegorza Ś.

Sąd przyjął, że ten oskarżony jest osobą zdemoralizowaną i ma negatywny wpływ na swoje otoczenie.

Wszyscy mają zapłacić 30 tysięcy złotych odszkodowania i 165 tys. zł zadość-uczynienia rodzinie Ch. za wyrządzone krzywdy.

Wyrok jest już prawomocny.

Artur Drożdżak

Dziennikarz zajmujący się sprawami sądowymi i prawnymi specjalizujący się w zagadnieniach karnych. Częsty uczestnik rozpraw w sądach na terenie całej Małopolski, głównie w Krakowie, Tarnowie i Nowym Sączu. Były wykładowca dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Pedagogicznym i Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.