Żona do (za)bicia. Od miłości, przez interesy, aż do nienawiści

Czytaj dalej
Fot. Joanna Urbaniec, Artur Drożdżak
Katarzyna Janiszewska

Żona do (za)bicia. Od miłości, przez interesy, aż do nienawiści

Katarzyna Janiszewska

Rok temu Marta ze złamanym kręgosłupem była o włos od śmierci. Jej mąż twierdzi teraz w sądzie, że to nie on ją bił. A poza tym, przecież go prowokowała...

Na salę sądową Marta zakłada prostą, czarną sukienkę, czarne rajstopy, płaskie baleriny. Nie robi makijażu. Wygląda skromnie, włosy zaczesuje gładko do tyłu. Co tylko podkreśla jej urodę: duże, brązowe oczy w ciemnej oprawie, wydatne usta, regularne rysy twarzy. Jest drobna, wręcz filigranowa. Nic dziwnego, że urzekła Pawła, starszego od niej o ponad 10 lat. Pobrali się po trzech miesiącach znajomości.

Paweł na sali rozpraw zupełnie nie przypomina siebie z tamtych czasów: dużego, misiowatego, z brzuszkiem, uśmiechającego się na balu optyków - jest krakowskim biznesmenem. Trudno go poznać, tylko oczy zostały te same. Teraz jest chudy, zarośnięty siwiejącą brodą, z przydługimi włosami, które zakłada za ucho. Gdy strażnicy wprowadzają go na salę, z rękami i nogami skutymi łańcuchami, wygląda raczej żałośnie.

Na ogół zeznaje spokojnie, sprawia wrażenie trochę nieobecnego. Raz tylko traci nad sobą panowanie i wtedy w jego twarzy pojawia się coś, co trudno ubrać w słowa.

Marta nie okazuje emocji, gdy słucha tego, co mówi o niej mąż: że jest kobietą mafii, diabłem wcielonym. Nie komentuje . Zresztą, to jest bez znaczenia w kontekście tego, że Paweł próbował ją zabić.

Trzy lata wcześniej ona widziała go tak

Przystojny, szarmancki, wykształcony. Z szanowanej, rzemieślniczej rodziny (ojciec jest właścicielem salonów optycznych, prezesem Małopolskiego Cechu Optyków). Obraca się w znanych kręgach, wiedzie życie na poziomie, majętny i wpływowy.

Poznali się przypadkiem, w galerii handlowej. Zaprosił ją na kawę. Pobrali się szybko, w kościele Mariackim, pisały o tym gazety. Paweł miał już wcześniej zarezerwowany termin ślubu z inną kobietą. Goście weselni trochę się dziwili, że panna młoda nie ta, której się spodziewali.

Zamieszkali pod Krakowem, w pięknym domu w Stróży , z ogrodem i równo przystrzyżonym trawnikim, dwoma tarasami. 400 metrów kwadratowych za wysokim murem, pod lasem.

Do matki Marty Paweł mówił: teściówka, ty masz tu u mnie dożywocie (w sensie, że może mieszkać z nimi do śmierci), tak dobrze gotujesz i zajmujesz się domem.

Ojciec Marty też był zięciem raczej oczarowany. Brat go lubił, bo sprawiał wrażenie poukładanego człowieka, często do późna rozmawiali.

Sama Marta szybko zaszła w ciążę, więc na razie wszystko zgadzało się z perspektywami, jakie przed nią roztaczał Paweł: dzieci, dom z ogrodem, pieski, ciepło rodzinne. Bajka.

Rok temu, w szpitalu, Marta widziała już to wszystko inaczej:

- Sprzedał mi maskę, którą kupiłam, mówił rzeczy, w które chciałam wierzyć. Zawsze taki był. Ludzie się przecież aż tak nie zmieniają…

Pierwszy raz uderzył mnie, gdy byłam w ciąży. Przeczołgał za włosy z salonu do sypialni. Obrażał, wyzywał, poniżał. Wpadał w ciągi alkoholowe, potrafił pić bez przerwy przez dwa, trzy tygodnie. A ja nie dawałam przyzwolenia na picie. Czepiasz się - mówił - i robił się agresywny. Zawsze czułam, kiedy go bierze, stawał się „elektryczny”, wszystko go drażniło. Za byle drobnostkę bił po twarzy, szarpał za włosy, popychał.

Uderzali moją głową o podłogę, kopali. Poczułam ciepło rozchodzące się po całym ciele. Pomyślałam: więc tak wygląda śmierć

Gdy był trzeźwy, to tak jakby go nie było wcale. Wychodził rano do pracy, wracał wieczorem, kładł się na kanapie, bo twierdził, że jest zmęczony. Obojętny na wszystko, nic go nie interesowało.

Bez słowa znikał. Wracał po tygodniu, dwóch. A ja go szukałam.

Chciałam dać mu szansę, ratować rodzinę. Chociaż on nigdy nie obiecywał poprawy, nie przepraszał. Nie podoba ci się? To won z domu, mówił.

Kiedy byłam w drugiej ciąży, w siódmym miesiącu, rozbił mi głowę siekierą. Zabrał kluczyki od auta, wystawił za drzwi. Stałam przed bramą, z brzuchem i dzieckiem na rękach. Noc spędziłam w domku letniskowym. A gdy następnego dnia wróciłam, wezwał policję, twierdząc, że wtargnęłam na jego posesję.

Po każdej grubszej awanturze dzwoniłam do teściów. Ale oni nigdy nie reagowali. Zawsze stawali po jego stronie, ratowali z opresji. Teść uważa się za kogoś lepszego. Ciągle powtarzał: ja jestem chory, ja się nie mogę denerwować. W końcu się na mnie obrazili i przestali widywać z wnukami.

W styczniu Paweł miał zabrać córkę na szczepienie, ale nie spodobało mu się, jak jest ubrana. Pobił mnie tak, że całe udo to był jeden wielki siniak. Groził, że mnie zabije: „powtórzy się sytuacja sprzed paru miesięcy, gdy syn zajebał matkę w Stróży”. W końcu złożyłam zawiadomienie o znęcaniu psychicznym i fizycznym. A on wniósł pozew o rozwód.

Wiele razy wcześniej wzywałam policję. Przyjeżdżali i pytali: będzie pan już spokojny? „Będę”. Więc odjeżdżali. A on czuł się bezkarny.

Gdy się poznali, on widział ją tak:

To była miłość od pierwszego wejrzenia, taka, jak na filmach. Spojrzeli na siebie w kolejce do kasy i od razu zaiskrzyło. Wymienili się numerami telefonów i zaczęli spotykać. Marta wprowadziła się do niego po kilku dniach znajomości.

Traktował żonę jak księżniczkę. W prezencie ślubnym kupił jej mercedesa i konia. Spełniał wszystkie jej zachcianki. Myślał, że to ta jedyna. Miła, piękna, dobra. Wymarzona.

Teraz, po trzech latach, Paweł widzi Martę tak:

Moja żona ma dwie twarze: to anioł i diabeł wcielony - mówi. - Gdy miałem pieniądze, dobrze się między nami układało. Ale gdy pojawiły się problemy w firmie, zaczęło się psuć. Nagle ja stałem się ten zły i niedobry. Zaczęły się awantury o pieniądze, nieodzywanie, wychodzenie bez słowa.

Dla mojej żony liczyły się tylko pieniądze, pieniądze i pieniądze. Stała się impulsywna i agresywna. Rzucała we mnie różnymi przedmiotami, rozbiła mi pilota od telewizora na głowie, polewała wrzątkiem, uderzyła pogrzebaczem. Nie zgłaszałem tego.

W końcu wyprowadziłem się z domu.

Na moją żonę wszyscy mówią: pani kawiarenka. Bo całymi dniami siedzi na mieście i pije kawę.

Ona się w ogóle dziećmi nie zajmowała, to była katastrofa. Rano wychodziła z domu, wieczorem wracała, a dzieci cały ten czas siedziały w fotelikach w samochodzie. Personel w mojej przychodni zwracał mi uwagę, że są zaniedbane. Dwa miesiące po urodzeniu córki Marta poleciała na dwa tygodnie na Malediwy, ze swoim bratem i koleżanką. Dziećmi opiekowała się jej matka.

Wszyscy wiedzieli, jak się prowadzi moja żona, że tańczyła w nocnym klubie. Jak zacząłem się z nią pokazywać na imprezach, to pukali się w głowę: z kim ten Paweł się związał? Nawet po ślubie widywano ją na mieście z innymi mężczyznami. Uspokajała mnie, że nic się nie stało, że mnie nie zdradziła.

Dopiero później dowiedziałem się, że ma znajomych z pierwszych stron gazet, jeśli chodzi o sprawy kryminalne.

Była w związku z Januszem K., znanym gangsterem. Wychowywała się w światku przestępczym. Ci ludzie nie mają nic, nie pracują, żerują na innych.

Jej brat też ma bujną przeszłość. Robi nielegalne interesy, handluje narkotykami. Należy do bojówki kibicowskiej, zawsze chodzi ze sprzętem. To taki cykor, że nie postawi się równemu sobie, tylko potrafi straszyć kobiety i dzieci. Była raz taka sytuacja: w restauracji „Kto wypuścił skowronka” szwagier groził maczetą mnie, mojej byłej partnerce i córce . Wcześniej pomieszkiwał u mnie, żył na mój koszt.

Mam takie podejrzenie, że byłem przez żonę i jej brata podtruwany. Gdy byłem na wpół przytomny, podsuwali mi do podpisu różne papiery: akt notarialny przeniesienia własności domu, firmy.

Nigdy wcześniej nie miałem problemów z prawem, jestem dobrym człowiekiem, spokojnym, mam dobre serce. Odkąd poznałem moją żonę, finał jest taki, że skończyłem w kryminale.

Pieniądze, czyli sedno sprawy

W tym miejscu nadmienić należy, że do aktu kulminacyjnego tego dramatu doprowadziło kilka zdarzeń. W grudniu Pawłowi zginęło z magazynu 15 tysięcy oprawek do okularów o wartości 1 miliona 560 tys. zł. O kradzież podejrzewał żonę i jej brata.

Przychodnie, które Paweł otworzył w Wieliczce i Myślenicach, przynosiły straty, były zadłużone.

Później wynikła awantura o mercedesa S klasy, którego Paweł wziął w leasing, a szwagier pożyczył sobie i nie chciał oddać.Na to nałożyły się problemy w małżeństwie, co powodowało eskalację konfliktu. Pewnej nocy postanowili wszystko sobie wyjaśnić.

Tamtą noc z 11 na 12 marca 2016 r. zapamiętali tak:

Paweł: W piątek w nocy umówiłem się ze szwagrem w klubie Feniks. Zamierzałem z nim rozmawiać o towarze, który mi zginął z magazynu. I o moim mercedesie, którego sobie przywłaszczył. Nie chciałem jechać sam, zadzwoniłem do Mariusza.

Mariusz pracował w mojej firmie od czterech miesięcy, jako logistyk. Czasem pomagał mi w różnych problemach: jak się auto zepsuło to przyjeżdżał i naprawiał. Wychowywał się w Hucie, a tam trzeba być twardzielem. On nie boi się niczego i nikogo, a mnie często grożono. Stał się moim ochroniarzem.

Ze szwagrem nie udało się nam wtedy dogadać.

Gdy wyszliśmy z klubu, zadzwoniłem do żony. I ona jak zwykle mówiła, że w domu są Januszek, Bałwan - tak nazywała brata, i jego dziewczyna. Na zasadzie, że oni tam z nią mieszkają i mogę ją pocałować w nos. Powiedziała, żebym przyjechał, to mi Bałwan łeb rozjebie. Ja się bałem tej szajki, cały czas się boję, bo oni są nieobliczalni. Ale pojechałem, bo chciałem odebrać kluczyki do samochodu i dokumenty firmowe. Chciałem to zakończyć i mieć święty spokój.

Tego wieczoru wypiłem może dziewięć piw? No, na pewno nie więcej niż dziesięć. Czułem się sprawny, świadomy. Gdy przyjechaliśmy do domu w Stróży, światło na posesji było zapalone, żona stała w oknie w kuchni, pokazywała nam środkowy palec. Drzwi były otwarte, weszliśmy, Marta przywitała nas zdaniem: co jest, pedały! Zaczęła obrażać, wyzywać.

Poszedłem na piętro, aby poszukać tych kluczyków. Również po to, by sprawdzić, czy kogoś zastanę, czy są ślady, że ktoś tam mieszka. Gdy usłyszałem jej krzyki, zbiegłem na dół. Zobaczyłem, że Mariusz siedzi okrakiem na żonie. Krzyknąłem: co ty robisz, ty chyba zwariowałeś. I do żony: Marta, żyjesz? Tak Paweł, pomóż mi - odpowiedziała.

Starałem się odciągnąć K. od żony, chwyciłem go za bluzę. On mówił: „odjebaj się Paweł, bo i ciebie zajebię. Ta k... wybiła mi zęba!”. Zamachnął się nożem i przeciął mi rękę. Pobiegłem do łazienki ją opatrzyć, owinąłem ręcznikiem, a gdy wróciłem, do domu wkroczyła policja.

Ja żony nie uderzyłem, ani nie popchnąłem.

Mariusz: Zadzwonił do mnie Paweł, żebym przyjechał do Feniksa, bo będziemy z jego szwagrem rozmawiać o zwrocie samochodu. Wcześniej pożyczył ode mnie trochę pieniędzy i zaproponował, że w rozliczeniu odda mi mercedesa. Wtedy w nocy powiedział też, żebym wziął coś ze sobą, bo szwagier może nie być sam. Zabrałem z domu kajdanki, butlę z gazem i nóż z kastetem. W klubie ciśnienie rosło, rozmowa przerodziła się w wyzwiska. Trochę się pogoniliśmy z tym jego szwagrem, ale nic wielkiego się nie stało, nie było bitki. Później Paweł zadzwonił do żony, powiedział mi, że jedziemy do Stróży po kluczyki do auta. Pomyślałem, że widocznie ona i jej brat się przestraszyli i oddadzą mercedesa po dobroci. W taksówce wypiliśmy jeszcze po dwa piwa.

Gdy weszliśmy do domu, Marta stała w przedpokoju, ubrana w kurtkę i trampki. Dialog wystartował, nie pamiętam, kto zaczął, wyzywała nas, standardowo, od ch... pedałów i cweli. My ją od k... i dziwek. Nie pasowało Marcie, że tego jej brata pogoniłem.

W pewnym momencie uderzyła mnie w twarz, ukruszyła mi zęba, chyba pierścionkiem. Wtedy Paweł pociągnął ją tak, że przewróciła się i leżała na plecach. Usiadłem na niej i kolanem przyciskałem jej biodro do ziemi. Wyjąłem nóż, nie wiem, co mi strzeliło do głowy, i zacząłem obcinać jej włosy. Nie chciałem jej katować, tylko upokorzyć. Ona próbowała się przekręcić na prawy bok i uwolnić rękę. Pewnie jak się broniła, raniła się nożem. Nie ma co gadać, to była szarpanina.

Paweł cały czas stał na wysokości jej ramion, pochylał się, kilka razy uderzył ją ręką w twarz i głowę. Nieprawda, że próbował mnie odciągnąć, musiał się zranić bijąc ją.

W pewnym momencie poszedłem do łazienki przemyć twarz. Usłyszałem głosy. Wyszedłem, zobaczyłem mężczyznę ubranego na czarno, trzymał w rękach broń, nie wiedziałem, kto to. Krzyknął: policja, kładź się na ziemię, rzuć nóż. I tak zrobiłem.

Marta: Położyłam już dzieci do łóżek i sama też poszłam spać. Obudził mnie telefon. Dzwonił brat, mówił, że mąż z jakimś drugim napadli go w klubie, ranili nożem. A teraz jadą po mnie. Za chwilę zadzwonił Paweł. To, że dzwonił w środku nocy, nie było niczym dziwnym, zdarzało się już wcześniej. Czułam, że jest pijany. Powiedział, że jedzie mnie zabić. Nie do końca mu uwierzyłam, ale na wszelki wypadek się ubrałam. Wypuściłam psy, żeby zaszczekały, jeśli się pojawi. Czekałam.

Za ścianą spały dzieci: Mia i Niko. Kiedy zobaczyłam światła samochodu przed bramą, zadzwoniłam na policję. Ale za chwilę odetchnęłam, bo auto odjechało. Zrobiło się cicho. Nagle usłyszałam dźwięk klucza w zamku. Mąż wpadł do domu z jakimś oprychem. Chwycił mnie za włosy, przewrócił. Zawlekli mnie do łazienki i tam katowali. Cięli nożem po rękach, wyrywali włosy, cały czas słyszę ten dźwięk. Próbowali ogolić mi głowę maszynką.

Jeden siedział na mnie, dociskał kolanem, a drugi w tym czasie bił pięściami, kopał po głowie, nogach, po całym ciele. Zmieniali się. Uderzali moją twarzą o podłogę. Nakręcało ich, że krzyczę i wtedy bili jeszcze mocniej. A kiedy nie mogłam złapać powietrza do płuc, zaczęli kopać, żebym wydobyła z siebie głos. Leżałam na brzuchu, nic nie widziałam, bo krew zalewała mi oczy, włosy wchodziły do ust.

W pewnym momencie poczułam ciepło rozchodzące się po całym ciele, nie czułam nóg ani rąk, nie mogłam się ruszyć. Pomyślałam: więc tak wygląda śmierć. Dalej nic nie ma. Byłam pewna, że to już mój koniec.

Masakra

Policjanci dotarli do domu w Stróży w osiem minut od zgłoszenia. Gdyby nie oni, Marta pewnie już by nie żyła.

Leżała na podłodze zakrwawiona, ze strzępkami włosów przylepionymi od twarzy. Ręce miała skrępowane kurtką.

Napastnicy złamali jej kręgosłup szyjny. Kręgi naciskały na rdzeń kręgowy w ten sposób, że utrudniały oddychanie. To zaś zagrażało jej życiu.

Konieczna była natychmiastowa operacja.

W szpitalu okazało się też, że ma porażenie czterokończynowe (nie rusza rękami i nogami), liczne otarcia i siniaki na ciele i twarzy.

Marta przez kilka miesięcy przechodziła rehabilitację, by wrócić do pełnej sprawności.

Biegli sądowi ustalili, że obrażenia kręgosłupa mogły powstać od tępego uderzenia (np. silnego kopnięcia, naskoczenia, dociskania obutą stopą) od tyłu w dolną część karku, w sytuacji, gdy ofiara leży zwrócona przednią częścią ciała do ziemi, a napastnik zadaje uderzenia od góry. To zaś w pełni koresponduje z zeznaniami Marty.

Śledczy zabezpieczyli ślady krwi Marty na podłodze w przedpokoju. Jej krew była też na ubraniu Mariusza, na ostrzu i rękojeści jego noża, na elektrycznej maszynce w łazience, którą oprawcy podgalali jej włosy.

Policjanci zeznali, że to Paweł W. był tym, który ich wyzywał, obrażał i straszył. Miał krzyczeć: „Ty k... jeb..., skończę cię! Nie wiesz, jakich gangsterów znam w Krakowie, upierdolą ci łeb. Nie dożyjesz emerytury, szmato jeb...”.

Paweł i Mariusz byli w pełni poczytalni, mieli zdolność pokierowania swoim postępowaniem i oceny skutków swoich czynów. Jako oskarżeni, nie zeznają pod przysięgą. To znaczy, że nie ciąży na nich odpowiedzialność karna za składanie fałszywych zeznań.

Marta i jej rodzina od rozpoczęcia procesu nie rozmawiają z mediami.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.