Cud narodzin w cieniu śmierci. Dziecko urodziło się, choć mama nie żyła od 56 dni

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Maria Mazurek

Cud narodzin w cieniu śmierci. Dziecko urodziło się, choć mama nie żyła od 56 dni

Maria Mazurek

Anna, tak ją nazwijmy, wiedziała, że pod sercem nosi drugie życie. O zmianach naczyniowych w swoim mózgu - które były jak tykająca bomba - nie miała jednak pojęcia. To był moment. Była u siebie w domu, w Krakowie. Straciła przytomność i już się nie obudziła. Jej córeczka przyszła na świat 56 dni później, dzięki walce, którą wspólnie podjęli specjaliści ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie: lekarze, pielęgniarki, rehabilitanci, dietetycy, położnicy. I rodzina dziewczynki.

Kruszynka (tak o niej piszemy, żeby uszanować prywatność jej rodziny) przyszła na świat pod koniec lutego. To był 27. tydzień ciąży. Ważyła 1300 gramów.

To niewiele, ale wystarczająco, żeby dziewczynka miała duże szanse na przeżycie. Kolejne tygodnie dziecko spędziło przy ul. Kopernika, pod czujnym okiem neonatologów z oddziału kierowanego przez prof. Ryszarda Lauterbacha („na koncie” ma sporo cudów, w tym kilka - jak opieka nad słynnymi sześcioraczkami z Tylmanowej - bardzo głośnych).

Dzień, kiedy Kruszynka przyszła na świat, był zarazem dniem śmierci jej mamy. Przynajmniej tej formalnej. Dość inwazyjne badania - których lekarze, ze względu na ciążę pacjentki, nie mogli wykonać wcześniej - ostatecznie potwierdziły śmierć mózgu 30-latki. Została odłączona od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe.

Urodziła się 56 dni po śmierci mamy

Choć mózg Anny (jej imię również, ze wspomnianego już względu, zostało w tym tekście zmienione) tak naprawdę umarł 56 dni wcześniej.

Można więc powiedzieć, że kobieta umarła dwa razy. Albo, trochę metafizycznie, że tak do końca - to nie umarła wcale. Jej cząstka żyje w tej malutkiej, bezbronnej dziewczynce, która cudem przyszła na świat.

Bohaterowie: ratownicy

Ten cud - co podkreślają prof. Jerzy Wordliczek i dr n. med. Wojciech Serednicki, anestezjologowie ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, którzy podtrzymywali Annę w funkcjach życiowych - ma wielu ojców.

Heroiczną walkę o życie - wtedy jeszcze przede wszystkim kobiety - podjęli już ratownicy z karetki.

Anna była ogólnie zdrową, wysportowaną 30-latką (to pomogło później uratować jej córkę) w 20 tygodniu ciąży. Nie miała pojęcia o malformacji naczyniowej, która rozwijała się w jej mózgu. Była jak tykająca bomba, która w każdym momencie może okazać się śmiertelna.

Kiedy naczynie pękło, Anna była w domu. Na szczęście - nie sama. Prawdopodobnie kobieta nie wiedziała, co się dzieje. Że to wylew, który doszczętnie zniszczy jej mózg. Po prostu straciła przytomność i już się nie obudziła.

Jej serce przestało bić. Ratownicy, którzy przyjechali karetką, podjęli resuscytację. Udało się przywrócić krążenie.

Na świecie, nawet w Polsce, były już przypadki (choć nieliczne), że po śmierci mózgowej matki udawało się utrzymywać jej funkcje życiowe, tak, aby dziecko przyszło na świat, kiedy będzie już miało realne szanse na przeżycie.

Ale prawdopodobnie nigdy wcześniej nie udało się to u pacjentki, u której wystąpiło jednocześnie zatrzymanie akcji serca i udar. Wygląda więc na to, że to był pierwszy taki przypadek na świecie. U nas, w Krakowie.

Bohaterowie: lekarze, dietetycy, farmakolog

Klinika Intensywnej Terapii Interdyscyplinarnej mieści się w nowoczesnym gmachu Centrum Urazowego Medycyny Ratunkowej i Katastrof Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Trafiają tu najtrudniejsze przypadki, nie tylko z Małopolski. Połamańcy z gór, ludzie po najcięższych wypadkach komunikacyjnych, najstraszniejszych pożarach i pacjenci po rozległych udarach.

Nie wszystkich udaje się uratować. Ale każde ocalone życie jest tu na wagę złota.

Trafiła tu też Anna. Tomograf pokazał, jak rozległy i niszczycielski był wylew. Lekarze, ze względu na dobro dziecka, nie mogli wtedy potwierdzić śmierci mózgowej pacjentki, choć od początku wiedzieli, że właśnie z nią mają do czynienia.

Czy raczej: mieli podejrzenie graniczące z pewnością. Bo, jak mówi dr Serednicki, w medycynie pewna jest tylko jedna rzecz: że nie ma nic pewnego. Wciąż wiele nie wiemy, a ludzki organizm niejednokrotnie potrafi zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych lekarzy.

Na taką sytuację, jak ta, nie ma procedur. A działać trzeba błyskawicznie. Lekarze podjęli więc decyzję: ratujemy życie dziecka.

- Wiedzieliśmy, że nikt nie da nam gwarancji, że to się uda. I że czekają nas - mam na myśli nie tylko anestezjologów i ginekologów-położników, ale również pielęgniarki, rehabilitantów, dietetyków - bardzo intensywne i trudne tygodnie. Ale nie mogliśmy postąpić inaczej - mówi prof. Wordliczek.

To była walka o każdy dzień, krok po kroku. Trzeba było zastąpić lub wspierać każdą funkcję życiową pacjentki. To nie tak, że jej mózg umarł, a reszta ciała - funkcjonowała normalnie. Kobieta nie oddychała (była podłączona do respiratora), jej organizm nie był w stanie utrzymać ciśnienia krwi ani jej filtrować, nie był w stanie utrzymać temperatury ciała (więc trzeba było ją regulować: ochładzać lub ocieplać). Anna była dializowana, praca jej wątroby była wspomagana itd. Była też żywiona dojelitowo, za pomocą specjalnej mieszanki pokarmowej, którą ustalili kliniczni dietetycy. W pewnym momencie jej organizm przestał trawić, wtedy przez kilka dni była żywiona pozajelitowo.

Doborem leków, które wspomagały i utrzymywały funkcje życiowe, zajmował się farmakolog kliniczny. Leki, zwyczajowo podawane u nieprzytomnych pacjentów, mogą być niebezpieczne dla dziecka, które rozwija się w macicy matki. Ich dobór i dawkowanie były kluczowe dla rozwoju Kruszynki.

Izolatka Anny - podłączonej do nowoczesnej aparatury, monitorowanej non-stop - wyglądała jak stacja kosmiczna. Z drugiej strony - lekarze dbali, by dźwięki szpitala i nowoczesnych maszyn były jak najmniej słyszalne, żeby stworzyć atmosferę jak najbardziej przypominającą tę domową.

To dlatego, że realia szpitala wpływają na poziom stresu pacjentów, a ten - wpływa na funkcje życiowe. Nawet jeśli pacjent jest nieprzytomny.

A co, jeśli tak naprawdę - pacjent już nie żyje?

- Po pierwsze: nie mogąc potwierdzić śmierci mózgowej pacjentki, musieliśmy do tego czasu traktować ją jako osobę żyjącą - tłumaczy dr Serednicki. - Po drugie, my do końca nie mamy pewności, czy w przypadku śmierci mózgu otoczenie nie ma dalej wpływu na jej inne funkcje życiowe. Wspominałem już o pokorze, której uczy medycyna. Po trzecie: prawdopodobnie otoczenie wpływa również na prawidłowy rozwój dziecka jeszcze przed jego narodzinami.

Bohaterowie: rehabilitanci i pielęgniarki

30-latka była codziennie przez kilka godzin rehabilitowana. Przede wszystkim przez fizjoterapeutów, ale pomagali też najbliżsi Anny.

- Fizjoterapeuci rehabilitowali ją tak, jak każdą nieprzytomną osobę: podnosili ręce, nogi, wymuszali różne ruchy, masowali. W takiej rehabilitacji chodzi o to, aby wszystkie stawy i mięśnie, których na co dzień używamy, wciąż były pobudzane do pracy, nawet jeśli pacjent jest nieprzytomny - tłumaczy prof. Wordliczek. - Poza tym musieliśmy zmieniać pozycję ciała pacjentki, tak, aby nie doszło do odleżyn.

Dr Serednicki dodaje: nasza dbałość o rehabilitację wynikała między innymi z tego, że niektóre badania wskazują, że ruch kobiety bardzo wpływa na rozwój dziecka. Tu znów: nie wiemy tego na sto procent. Ale mamy obowiązek zrobić maksymalnie dużo, aby ratować życie.

Bohaterowie: rodzina

W pielęgnację i opiekę nad nienarodzonym dzieckiem została włączona rodzina i przyjaciele kobiety. Jej mąż i rodzice byli w szpitalu praktycznie codziennie: głaskali brzuch Anny, mówili do dzieciątka, czytali mu bajki.

Poza tym aktywnie włączali się w pielęgnację 30-latki.

- Wierzymy, że to mogło mieć kluczowy wpływ na rozwój dziecka i dobrze wpłynęło na tworzenie się więzi między ojcem a dziewczynką i między dziadkami a dziewczynką - mówi prof. Wordliczek.

Bohaterowie: położnicy i neonatolodzy

Intensywna terapia, jak tłumaczy prof. Wordliczek, ma to do siebie, że wymaga współpracy lekarzy (i nie tylko) wielu specjalizacji, holistycznego podejścia.

W 27 tygodniu ciąży, po 56 dniach pobytu w Klinice Intensywnej Terapii, zaburzenia ogólnoustrojowe Anny były już tak duże, że dalsze podtrzymywanie jej przy funkcjach życiowych było coraz groźniejsze dla dziecka. Zespół prof. Wordliczka, wspólnie z położnikami i neonatologami, podjęli więc decyzję o rozwiązaniu ciąży. Na szczęście - na tyle późno, że dziewczynka miała już duże szanse na przeżycie. Po paru tygodniach spędzonych na oddziale neonatologii wyszła do domu, do taty i dziadków. Zdrowa.

Człowiek ma taką konstrukcję psychiczną, że do końca kurczowo trzyma się nadziei. Jakaś część umysłu najbliższych Anny pewnie do końca nie wierzyła, że ich ukochana żona, córka, przyjaciółka - nie żyje.

W dniu, w którym Kruszynka przyszła na świat, lekarze zlecili badania. Potwierdziły one śmierć pnia mózgu i pozwoliły na wdrożenie procedur odłączenia pacjentki od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe.

Zamiast zakończenia

Pod informacją o tej historii, pośród setek komentarzy z życzeniami dla dziecka i jego rodziny oraz z gratulacjami dla lekarzy, pojawiło się też kilka takich:

- to niechrześcijańskie

- to nieludzkie

- potraktowali zwłoki kobiety jak inkubator

- to była uporczywa terapia.

Ks. Jacek Siepsiak, jezuita: Nie znajduję wytłumaczenia dla takich komentarzy. Każda kobieta w ciąży, w pewnym sensie, jest inkubatorem. A uporczywa terapia jest wtedy, jak nie ma żadnej szansy na ocalenie życia. Tu była szansa na ocalenie życia - dziecka. Walka lekarzy zasługuje na pochwałę i na pewno jest zgodna z wartościami chrześcijańskimi. Więcej - stanowi ich piękny przykład.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.