Jak zabrzmią skrzypce, czyli tajemnica lutnika z Krakowa

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Matusik / Polskapresse
Katarzyna Kojzar

Jak zabrzmią skrzypce, czyli tajemnica lutnika z Krakowa

Katarzyna Kojzar

Od razu wiedziałem, że to moje miejsce. To okno, światło dzienne, ten widok - mówi Stanisław Kurkowski. - To było 25 lat temu. Teraz już wrosłem w ten Kazimierz...

Idąc przez krakowski plac Wolnica nie sposób tego miejsca nie zauważyć. Za szybą, w małym pomieszczeniu, widać rzędy skrzypiec, kawałki drewna i plakaty z projektami instrumentów. Przy starym stole, siedzi lutnik. Nie zwraca uwagi na nosy przyklejone do okna. A jest ich sporo.

Okno z widokiem na plac

Wojciech Matusik / Polskapresse

W pracowni Stanisława Kurkowskiego pachnie drewnem. Pan Stanisław, zajęty wykańczaniem skrzypiec, początkowo mnie nie zauważa. Siadam na starym, oczywiście drewnianym, krześle.

W małym pomieszczeniu (jest tu jakieś 25 metrów) stoi wiolonczela, spora szafa wypełniona skrzypcami, mały grzejniczek. Na ścianach przywieszone są narzędzia i plakaty ze skrzypcami legendarnych lutników. Kiedy zadrze się głowę do góry, można zobaczyć portret pana Stanisława ( - Kiedy to było! Namalował mnie jakiś mój klient-amator - mówi lutnik).

W kącie stoi rower. - Codziennie dojeżdżam nim z domu, a mieszkam pod Swoszowicami. Wie pani, siedzę całe dnie przy stole, pochylony, potrzebuję ruchu - tłumaczy. Po czym wskazuje ręką na szybę przed swoim stołem.

- Odpoczywam, patrząc w okno. To jest najpiękniejsze w mojej pracowni. Zwykle takie miejsca są w bramach, poukrywane. A ja tak na widoku. I patrzę sobie na plac Wolnica, to odpręża. Nie wyobrażam sobie już pracy bez tego okna - mówi.

W tym momencie młody ojciec, przechodzący ulicą, podnosi swoje malutkie dziecko, żeby zajrzało do środka. - Patrz, pan robi skrzypce - słyszymy, jak mówi do malucha.

- To normalne, nawet nie zwracam już uwagi. Kiedyś zastałem odcisk ust i napis „gram na pana skrzypcach”. Okazało się, że zrobiła go kobieta, której naprawiłem skrzypce lata temu w Holandii - opowiada pan Stanisław.

Joanna Urbaniec / Polskapresse

Początki

Lutnictwo towarzyszyło Stanisławowi prawie przez całe życie. Urodził się i wychował na Podhalu - tam, gdzie tworzy się najwięcej skrzypiec. Kiedy był mały, chodził obserwować, co dzieje się w legendarnej pracowni Mardułów.

- Marduła był nestorem polskiego lutnictwa, jedna trzecia lutników przeszła przez jego pracownię - opowiada pan Stanisław. Tak jakoś naturalnie trafił do szkoły lutniczej w Nowym Targu. Naukę zaczęło 40 osób, a skończyło 20. Lutnikiem został tylko jeden. On.

- Wyjechałem na praktyki do Holandii, do świetnego lutnika, który naprawiał skrzypce. Dzięki temu miałem w rękach dzieła Stradivariego i Guardiego. Lutnik nawet chciał mnie zatrzymać w Holandii, ale w tym samym czasie zgłosiło się do mnie nasze Ministerstwo Kultury. Oferowali pracownię i mieszkanie. Mieszkanie, w tamtych czasach! To był szczyt marzeń. Wróciłem, choć to były ciężkie czasy. Na półkach tylko ocet, a w Holandii wszystkiego pod dostatkiem - mówi lutnik. Dostał wybór: zamieszkać w Katowicach, Krakowie albo w Częstochowie. Wybrał Kraków.

Dostał pracownię przy Floriańskiej, w tej samej kamienicy, w której mieści się Jama Michalikowa. - Lata mijały, pracowałem sobie na tej Floriańskiej, aż zaczął się proces reprywatyzacji kamienic. Musiałem się wyprowadzić. Dostałem do wyboru kilkanaście pracowni. Najpierw postanowiłem obejrzeć tą na Kazimierzu. Od razu wiedziałem, że to moje miejsce. To okno, światło dzienne, ten widok… - opowiada. - To było 25 lat temu. Teraz już wrosłem w ten Kazimierz.

Joanna Urbaniec / Polskapresse

Skrzypce

W pracowni słychać muzykę klasyczną płynącą z niewielkiego radyjka. I wiadomości, co godzinę - pan Stanisław lubi wiedzieć, co się dzieje na świecie.

Sam na skrzypcach nie gra. - Musiałem uczyć się w szkole, przez pięć lat. A pięć lat to nic. Graliśmy na skrzypcach, mandolinie, gitarze… wszystkiego po trochę. Jednak wolałem iść w stronę naprawiania i robienia skrzypiec, niż gry na nich - mówi. - Kiedy trzeba sprawdzić skrzypce, lepiej żeby to robił profesjonalista - opowiada.

Robił skrzypce dla muzyków z Krakowa, z Warszawy, z Pomorza. Zdarzali się też klienci z zagranicy. - Skrzypce mają w sobie tajemnicę. A ich robienie to połączenie sztuki i rzemiosła. Rzemiosło, bo trzeba perfekcyjnie wystrugać drewno. Sztuka - bo trzeba z niego wyciągnąć jak najwięcej, tak, by skrzypce brzmiały jak najlepiej. Nie da się nic wymierzyć do końca. Są ustalone wymiary, kształty, grubości. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Każdy kawałek drewna jest inny, więc potrzeba wyczucia. Tak jak gotowały zawsze babcie - na oko. Ile czego dać, jak doprawić? Wszystko na wyczucie. Identycznie jest w przypadku skrzypiec - mówi pan Stanisław.

Siedzimy już ponad godzinę. Dobrze mi tu, spokojnie i cicho. - Mi też się nie chce stąd wychodzić. Kocham to miejsce i kocham to, co robię. Żal mi każdej zmarnowanej chwili. Mam pracownię w domu, czasami wracam, jem obiad i znowu pracuję. Żona śmieje się, że trzeba mieć nie po kolei w głowie - śmieje się lutnik.

Czasami razem z żoną siadają przed telewizorem i oglądają koncerty. Pan Stanisław od razu wie, kto gra jego skrzypcami.

- Nie można u mnie skrzypiec zamówić. Ja sobie je po prostu robię i albo ktoś je kupuje, albo nie. Coraz więcej jest szkół muzycznych, dzieci się uczą - najpierw na skrzypach fabrycznych, potem jednak chcą czegoś lepszego. Ale zanim to nastąpi, naprawiam im te fabryczne. Wie pani, zmiany temperatury, ogrzewanie, wilgoć - to niszczy instrumenty. Pomagam dzieciakom, to w końcu moi przyszli klienci. Jak już przejdą wszystkie etapy szkoły, to nie ma zmiłuj, będą muzykami - opowiada.

Zbliża się 18 - godzina, kiedy lutnik odkłada narzędzia i wsiada na rower. Zbieramy się, Stanisław Kurkowski podaje mi rękę na pożegnanie i rzuca na koniec:

- A wie pani, co jest w skrzypach najpiękniejsze? Że nigdy nie wiadomo, jak zabrzmią. Kiedy robię nowy instrument, siedzi we mnie napięcie. Czekam, jak wyjdzie, nie mogę tego w stu procentach przewidzieć. To tajemnica, która jest najpiękniejszą rzeczą na świecie - dodaje.

Najstarsze skrzypce
które przetrwały do dzisiaj, zostały wykonane około roku 1560 w Cremonie przez Andrea Amatiego na zamówienie króla Francji Karola IX i noszą jego imię. Pochodzą z kompletu 24 skrzypiec, za które Amati został odznaczony przez króla.
Do najsłynniejszych twórców skrzypiec wszech czasów należy Antonio Stradivari. Spod jego rąk wyszło około 1100 egzemplarzy, z których wiele zachowało się do dziś. Skrzypce Stradivariego są przedmiotem pożądania współczesnych instrumentalistów, stać na nie jednak tylko najbogatszych.

Katarzyna Kojzar

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.