Prof. Gunnar Heinsohn: To nie Unia Europejska powstrzymuje wybuch wojny w Europie [INFOGRAFIKA]

Czytaj dalej
Fot. AFP Photo/Ameer Alhalbi/East News
Dariusz Szreter

Prof. Gunnar Heinsohn: To nie Unia Europejska powstrzymuje wybuch wojny w Europie [INFOGRAFIKA]

Dariusz Szreter

Jeśli nie politycy, to kto lub co decyduje o konflikcie lub pokoju - wyjaśnia profesor Gunnar Heinsohn, twórca „indeksu wojny”.

Zanim przejdziemy do opracowanego przez Pana indeksu wojny, może wyjaśnijmy Czytelnikom, czym w ogóle jest dziedzina, którą się Pan zajmuje, czyli demografia militarna.
To przedmiot, jaki wykładam w Akademii Obrony NATO w Rzymie. Wcześniej nikt tego tam nie nauczał. Nie słyszeli nawet o czymś takim, dopóki w 2006 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Włoch nie natrafił na mój artykuł w The Wall Street Journal pt. „Babies Win the War” (Noworodki wygrywają wojnę) i nie rekomendował mnie władzom Akademii.

Rozumiem, że ten artykuł nie wziął się z niczego, tylko już wcześniej prowadził Pan badania w tym kierunku.
W 2003 opublikowałem w Szwajcarii książkę „Sons and the World Power. Terrorism and the Rise and Fall of Nations”. Zwracałem w niej uwagę na czynnik, który zwykle nie był uwzględniany w historiografii wojny: liczbę młodych mężczyzn, którzy nie mają realnej szansy na wywalczenie sobie zadowalającej pozycji w społeczeństwie. Użyłem współczynnika, który stosował Gary Fuller z Uniwersytetu Hawajskiego w Honolulu. Fuller był konsultantem George’a Busha seniora w czasach, gdy ten był szefem CIA. Bush chciał ustalić, dlaczego CIA źle prognozowała rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz w Iranie, gdzie pierwsze raporty po rewolucji islamskiej były umiarkowanie optymistyczne, a jak się to skończyło - wiadomo. Fuller wprowadził pojęcie „youth bulge” (młodzieżowe wybrzuszenie) w tzw. piramidzie wieku. Wedle tej teorii dochodzi do niego, kiedy w grupie między 15-24 rokiem życia (wg innych między 20-29) mieści się powyżej 30 procent całej populacji mężczyzn w danym kraju.

Im większy ten procent, tym większe ryzyko konfliktu...

Ja wolę używać terminu „ryzyko przemocy”. Zwykle bowiem zaczyna się od przestępstw z użyciem przemocy, zwiększonej liczby morderstw, wojen gangów, wojen narkotykowych, wojen domowych czy buntów młodych oficerów, którym drogę awansu blokuje zbyt duża liczba generałów. Do tego dochodzi prześladowanie mniejszości i ludobójstwo. Wojna międzynarodowa to raczej rzadkość. Wymaga sprytnego i zuchwałego przywódcy, który potrafiłby przekierować destabilizującą kraj agresję młodzieży, w atak na inne państwo. To była strategia Fryderyka Wielkiego, który miał w swoim królestwie wielki „youth bulge” w XVIII wieku. Fryderyk zdecydował się na coś niesłychanego w dziejach państw niemieckich: zaatakował inne królestwa niemieckie - Saksonię i Habsburgów, którym odebrał ich skarb rodowy, Śląsk.

Jak ma się Pański indeks do zjawiska „youth bulge”?
W 2011, kiedy zaczęła się tzw. arabska wiosna, dziennikarz niemieckiego magazynu Focus, który znał moje prace, poprosił, żebym wyjaśnił, jak udało mi się przewidzieć wybuch społeczny w tamtym regionie. Żeby uprościć tłumaczenie, porównałem liczbę mężczyzn osiągających wiek emerytalny (55-59 lat), do liczby młodych mężczyzn zaczynających pracę (15-19 lat). To bardzo żywotna grupa, agresywnie wkraczająca do walki o swoją pozycję, szczególnie w krajach rozwijających. Tak powstał pierwszy indeks wojny. Nigdy nie został oficjalnie opublikowany, używałem go natomiast do swoich prezentacji i wykładów.

Porównałem liczbę mężczyzn osiągających wiek emerytalny (55-59 lat), do liczby młodych mężczyzn zaczynających pracę (15-19 lat). To bardzo żywotna grupa, agresywnie wkraczająca do walki o swoją pozycję, szczególnie w krajach rozwijających. Tak powstał pierwszy indeks wojny

Nazywa Pan to indeksem wojny, ale de facto to indeks przemocy.
Przemocy, z włączeniem wojny. Kiedyś pytano mnie, nieco ironicznie, o to, jaką wojnę będzie prowadzić Brazylia. Wskazywałem wtedy na liczbę popełnianych w tym kraju morderstw, która była naprawdę ogromna. Zupełnie jak na wojnie. Nawiasem mówiąc ostatnio indeks Brazylii znacząco się obniżył. USA mają niski indeks, ale są tam enklawy przemocy. Jednym z nich jest - jak na ironię - Chicago, miasto Baracka Obamy. W ciągu jego prezydentury zamordowano tam około czterech tysięcy osób. W tym samym czasie na misjach zagranicznych śmierć poniosło 1800 amerykańskich żołnierzy, czyli ponad dwukrotnie mniej.

Polski indeks wynosi 0,7. Co to oznacza?

Że tysiąc Polaków w wieku 55-59 ma tylko 700 następców w wieku 15-19. Porównajmy to z Afganistanem, gdzie Polacy uczestniczyli nie tak dawno w misji wojskowej. Tam indeks wynosi prawie 6, czyli o pozycję po tysiącu starszych mężczyzn, walczy 6000 młodych. Nietrudno pojąć, że to może powodować poważne problemy.

Ale raczej dla Afgańczyków, niż krajów z nimi sąsiadujących?
Nie tylko dla Afgańczyków. W trakcie swojej prezydentury Obama odwołał wojska z Iraku i zapowiedział przerzucenie ich do Afganistanu, bo „tamta wojna jest dobra”. Przepowiadałem wtedy, że większe zaangażowanie amerykańskich wojsk i tak nie zmieni przebiegu wojny, która tam trwa od 1979, czyli prawie 40 lat. W latach 80. liczący 15 milionów Afganistan oparł się naciskom Paktu Warszawskiego, którego ludność liczyła 300 milionów. Teraz Afgańczyków są 32 miliony, przeciw miliardowi mieszkańców krajów członkowskich NATO, a jednak nie można ich uspokoić. Jak to możliwe? Każda afgańska matka ma sześcioro dzieci. Gdyby mogli wyjechać, np. do Niemiec, to co innego, ale ponieważ nie mogą, nie ma tam szansy na pokój. Młodzi Afgańczycy muszą walczyć o swoją pozycję życiową.

Ukraina i Rosja toczą jednak wojnę, mimo że Pański indeks określa je jako kraje „zimne”, o niskim indeksie.
Cztery lata temu pytano mnie, ile ofiar przewiduję w wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Kiedy powiedziałem, że mniej niż 10 tysięcy, wyśmiewano mnie. Przecież oba te kraje mają łącznie 200 milionów mieszkańców. W Syrii, gdzie mieszka 20 mln ludzi, wojna pochłonęła 400 tys. ofiar. Proporcjonalnie tu powinny być ich cztery miliony. Nie ma takiej możliwości, bo za każdym razem, kiedy ginie młody żołnierz rosyjski czy ukraiński, wymazuje linię swojej rodziny. Bo nawet jeśli nie jest jedynym dzieckiem swoich rodziców, to prawdopodobnie jest ich jedynym synem. Przywódcy to wiedzą. Kiedy Putin przechwala się, że wziął Krym bez jednego wystrzału, to jednocześnie zdradza swój sekret. On nie może iść na wojnę, podczas której zginie wielu Rosjan. Za czasów wojny w Afganistanie, jeszcze za komunizmu, Rosjanie stracili „tylko” 15 tys. żołnierzy, ale to wystarczyło do wywołania protestów przed Kremlem tzw. Matek z Placu Czerwonego. Putin to wie.

A jednak zarówno Rosja, jak i USA wciąż prowadzą jakieś wojny.
Jeśli wziąć pod uwagę ostatnie 60 lat, to co robią Amerykanie obecnie, to nic. Porównajmy to z II wojną światową. Wtedy utrzymywali przy życiu dwa wielkie imperia: ZSRR i Wielką Brytanię, a jednocześnie w tym czasie pokonywali dwa inne imperia: Niemcy i Japonię. To była interwencja na skalę, jakiej wcześniej świat nie widział ze strony jednego narodu. I już więcej nie zobaczy.

Demografia, na której opiera Pan swój indeks, jest czynnikiem zmiennym.
Owszem. Jeśli spojrzymy na dołączoną do indeksu mapę, najwyższy współczynnik jest w krajach subsaharyjskich w Afryce. Gdyby jednak sporządzić taką mapę 150 lat temu, Afryka byłaby dużo bledsza, natomiast Europa byłaby „najgorętsza”. To zresztą odpowiedź na pytanie, jak to możliwe, że w minionych wiekach maleńka Europa, a właściwie 5-6 europejskich państw, podbiło 90 procent globu i podporządkowało sobie miejscową ludność. W dodatku populacja Starego Kontynentu w dalszym ciągu się rozrastała, bo między 1500-1870, Europejki rodziły 6-7 dzieci. A jeszcze około 1900 - ponad czworo. To oznaczało, że każda matka może stracić 2-3 synów, ale wciąż jeszcze zostaje jej dwóch do pracy na roli i „dla króla”. Takie narody są prawie niepokonane, bo mogą absorbować straty. W dodatku to było powiązane z gospodarką opartą na konkurencji i rozwoju technologii. Oznacza to, że producenci broni unowocześniają swoje produkty każdego roku, żeby przebić ofertę innych producentów.

Trudno nie postawić pytania o możliwość kontroli procesów demograficznych, skoro to one decydują o wojnie i pokoju.
Analizując dzieje Europy należałoby się cofnąć do roku 1348, kiedy to epidemia dżumy zabiła od 40 do 60 proc. populacji Europy. Dla wielkich panów feudalnych, zarówno świeckich, jak i kościelnych, oznaczało to potężne straty siły roboczej. Wtedy właśnie sformułowano pierwszą teorię ekonomiczną w dziejach Europy. Brzmiała ona: dużo ludzi równa się duże bogactwo. W związku z tym zaczęto masowo karać za próby kontrolowania liczby urodzeń. Stąd m.in. prześladowania tzw. czarownic. W efekcie nastąpiła eksplozja demograficzna, która trwała do końca XIX wieku. Najpotężniejsze kobiety tamtych czasów nie miały tych możliwości i tej wiedzy w zakresie kontroli urodzeń, jakie mają dzisiejsze nastolatki. Matka Napoleona miała 14 dzieci. Matka Fryderyka Wielkiego - tyle samo. Cesarzowa Maria Teresa, przeciwniczka Fryderyka, urodziła 16 dzieci. Nawet brytyjska królowa Wiktoria, która umarła już w XX wieku, urodziła dziewięcioro dzieci w ciągu 18 lat. Zwrot nastąpił w czasie I wojny światowej. Między 1915 a 1916 w Niemczech liczba narodzin zmalała niemal o połowę. Hitler wysuwając swoją koncepcję wywalczenia „przestrzeni życiowej” dla narodu niemieckiego, nie uwzględnił tych zmian demograficznych. Wciąż miał w głowie wskaźnik urodzin z 1915. Tymczasem okazało się, że podczas wojny z Polską w 1939 co szósty niemiecki żołnierz był jedynakiem. Naziści byli w szoku, kiedy to odkryli. Wprowadzili regulacje, w myśl których jedyne dzieci w rodzinie były kierowane do bezpiecznych zajęć na zapleczu frontu. Kiedy potem przystąpiono do zasiedlania terenów w widłach Wisły niemieckimi osadnikami, synami niemieckich chłopów, okazało się, że nie ma ich dostatecznie wielu i zaczęto ściągać masowo Niemców z rumuńskiej Besarabii.

Podczas wojny z Polską w 1939 co szósty niemiecki żołnierz był jedynakiem. Naziści byli w szoku, kiedy to odkryli. Wprowadzili regulacje, w myśl których jedyne dzieci w rodzinie były kierowane do bezpiecznych zajęć na zapleczu frontu

Co spowodowało ten zwrot i spadek liczby urodzeń?
Odpowiedź jest bardzo prosta i kieruje nas do najsilniejszego środka antykoncepcyjnego, jaki istnieje: sytuacji, w której zdobywa się pozycję społeczną w drodze konkurencji z innymi. Jeśli nie odziedziczyłeś majątku, gospodarstwa, warsztatu - stajesz się najemną siłą roboczą i musisz konkurować na rynku pracy. Im więcej czasu i energii możesz poświęcić podniesieniu swoich kwalifikacji oraz regeneracji sił, tym będziesz silniejszy we współzawodnictwie. Liczna rodzina staje się w tej sytuacji obciążeniem. W 1928 przeprowadzono w Niemczech badanie i okazało się, że najlepiej opłacani ludzie mają najmniej dzieci. To wydawało się niezrozumiałe. Dopiero kiedy jakieś 30 lat temu przeanalizowałem ponownie te dane, odkryłem, kim byli ci ludzie. To odpowiednik tego, co po angielsku nazywa się CEO (Chief Executive Officer), czyli - krótko mówiąc - prezesi. Byli bogaci, dużo zarabiali, ale byli pracownikami najemnymi. Mogli być zarówno awansowani, jak i wywaleni z pracy. Musieli rywalizować i uczyć się przez całe życie. Ci ludzie szukali partnerek, których ambicje życiowe nie ograniczały się do bycia żoną i matką. To były pierwsze pary, które miały jedno dziecko, albo wcale.

Dziś niska dzietność to problem nie tylko prezesów.

W tamtym czasie z pracy najemnej utrzymywało się ok. 50 procent Niemców. Teraz w rozwiniętych społeczeństwach ten odsetek wynosi 90-95 proc. Niemal każdy mężczyzna i każda kobieta bezustannie rywalizuje na rynku pracy. Żeby to robić skutecznie, trzeba przystąpić do tego wyścigu między 15 a 30-35 rokiem życia. W wieku 35 lat każdy już wie, czy jest zwycięzcą czy przegranym. Tymczasem w przypadku kobiet ten okres (15-35 rok życia) to najlepszy czas na rodzenie dzieci.

Wróćmy do indeksu. Jakie ma on praktyczne zastosowanie?
Choćby dla dziennikarzy. Regularnie czytuję The Economist, gdzie przy publikacjach na temat jakiegoś kraju zawsze podaje się w nawiasie tamtejszy index PISA (wyniki egzaminów szkolnych). Kiedy się robi prognozy ekonomiczne i mamy np. Południową Koreę ze wskaźnikiem 600 i Ghanę, ze wskaźnikiem 300, to daje nam to pojęcie jak ciężko muszą pracować w Ghanie, żeby dogonić Koreę. Analogicznie pisząc o jakimś konflikcie, np. palestyńsko-izraelskim, można - na podstawie indeksu wojny - oceniać szanse powodzenia negocjacji. Kiedy słyszę o planach „konferencji pokojowej”, mówię, żeby nazwać ją inaczej, bo nawet jeśli przywódcy obu stron podpiszą jakieś porozumienie, to w Strefie Gazy, gdzie indeks wojny wynosi 6, młodzi podrą je na strzępy.

Pisząc o jakimś konflikcie, np. palestyńsko-izraelskim, można - na podstawie indeksu wojny - oceniać szanse powodzenia negocjacji. Kiedy słyszę o planach „konferencji pokojowej”, mówię, żeby nazwać ją inaczej, bo nawet jeśli przywódcy obu stron podpiszą jakieś porozumienie, to w Strefie Gazy, gdzie indeks wojny wynosi 6, młodzi podrą je na strzępy

Czyli międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia dla pokoju?
Często słyszymy głosy ostrzegające, że gdyby upadła Unia Europejska, utracilibyśmy główną siłę, która zatrzymała wojnę w Europie. To nieprawda! Gdyby Europa znalazła się tu [Gunnar Heinsohn pokazuje szczyt tabeli „indeksu wojny”], mielibyśmy wojnę jutro. Żadne apele o pokój by jej nie powstrzymały. Przy indeksie 6, jaki ma Afganistan, młodzi Niemcy domagaliby się zwrotu Królewca, Gdańska i czego tam jeszcze... Może nawet Pragi. Ale my jesteśmy tu [pokazuje dół tabeli]. To, co pozostaje Europejczykom, to najwyżej język nienawiści. Grecy obwiniają Niemców o kryzys w swoim kraju. Słynny niemiecki ekonomista Hans-Werner Sinn napisał w 2010 roku, kiedy rozpoczynał się kryzys grecki, że jeśli wprowadzimy restrykcje finansowe, wybuchnie tam wojna domowa. Odpisałem mu - w tej samej gazecie - że nie nie będzie żadnej wojny. Nie mają na to dość „personelu”. Będą się na siebie wydzierać, obrzucać przekleństwami, ale nie będą się zabijać.

W Polsce też niektórzy przepowiadają wojnę „dwóch plemion”.

KOD będzie maszerować, PiS będzie maszerować, będą się nienawidzić, nazywać się nawzajem nazistami i komunistami, ale ja bym się nie przejmował. W Anglii po Brexicie było jeszcze gorzej. A obecnie w Stanach Zjednoczonych nienawiści jest jeszcze więcej.

Pierwszy indeks wojny powstał w 2011, drugi w styczniu tego roku. Sześć lat to wystarczająca częstotliwość?
Kiedy zwiedzałem wystawę Muzeum II Wojny Światowej i zobaczyłem pomieszczenie poświęcone przyszłości, pomyślałem, że mógłby tam zawisnąć ten indeks i można by go aktualizować raz do roku, żeby dać ludziom pogląd na to, gdzie na świecie jest teraz niebezpiecznie. Zastanawiałem się nawet, czy nie nadać mu nazwy „gdański indeks wojny”, ale ponieważ jestem tu tylko gościem, byłoby to trochę niedorzeczne. W każdym razie, o ile dyrekcja MIIWŚ się zainteresuje, jestem do dyspozycji.

Kiedy zwiedzałem wystawę Muzeum II Wojny Światowej i zobaczyłem pomieszczenie poświęcone przyszłości, pomyślałem, że mógłby tam zawisnąć ten indeks i można by go aktualizować raz do roku, żeby dać ludziom pogląd na to, gdzie na świecie jest teraz niebezpiecznie

Kierunek zmian w indeksie chyba można już prognozować?
Liczba państw z wysokim indeksem, powyżej 6, będzie spadać. To dobra wiadomość. Ale jest druga strona medalu: w tych „najgorętszych” państwach, z najwyższym indeksem, będzie mieszkać coraz więcej ludzi, w tym młodzieży w wieku 15-19.

Indeks wojny w Syrii  wynosi 4,02. Na tej podstawie można było przewidzieć, że liczba ofiar wojny domowej będzie tam nieproporcjonalnie wyższa, niż w
Wikipedia

Gunnar Heinsohn urodził się w 1943 r. w Gdyni jako pogrobowiec niemieckiego oficera, dowódcy łodzi podwodnej. Jest doktorem socjologii i ekonomii, emerytowanym wykładowcą uniwersytetu w Bremie, gdzie m. in. kierował pierwszym europejskim instytutem badań porównawczych nad ludobójstwem. Ma na koncie ponad 900 publikacji, w tym „Nieruchomości, odsetki, i pieniądze”, (1996, wspólnie z O. Steigerem) uważaną za jedno z fundamentalnych dzieł w dziedzinie teorii pieniądza. Wykłada demografię wojny w Akademii Obrony NATO w Rzymie

Demograficzny indeks wojny 2017 w rozbiciu na poszczególne państwa

Narodowy indeks wojny wysokości między 2,5, a 8,0 oznacza, że w danym państwie 2500-8000 młodych mężczyzn w wieku 15-19 współzawodniczy o pracę i pozycję społeczną tysiąca mężczyzn zbliżających się do emerytury, w wieku 55-59 lat. Im wyższy jest indeks, tym bardziej prawdopodobne, że ci młodzi pretendenci uciekną się do przestępstw, zabójstw, wojen gangów, przewrotów politycznych, rewolucji, wojny domowej, wypędzeń, ludobójstwa i wojny.

Nawet indeks poniżej 2,5 może oznaczać ryzyko niepokojów, jeśli towarzyszy mu stagnacja lub załamanie ekonomiczne. Jeśli kraje z “niebieskiej” sekcji (590-999 młodych zastępujących tysiąc mężczyzn w wieku przedemerytalnym) zdecydują się na podjęcie wojny lub interwencji zbrojnej, będą je przeprowadzać w sposób wyjątkowo ostrożny, bowiem każdy stracony żołnierz – statystycznie jedyny syn lub jedyne dziecko swojej matki – oznacza wygaszenie linii jego rodziny.


Indeks wojny w Syrii  wynosi 4,02. Na tej podstawie można było przewidzieć, że liczba ofiar wojny domowej będzie tam nieproporcjonalnie wyższa, niż w


Indeks wojny w Syrii  wynosi 4,02. Na tej podstawie można było przewidzieć, że liczba ofiar wojny domowej będzie tam nieproporcjonalnie wyższa, niż w
Dariusz Szreter

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.